





Rząd Donalda Tuska pokazał nowy projekt ustawy o „statusie osoby najbliższej” i „umowie o wspólnym pożyciu”. Brzmi to tak, jakby legislatorzy zabrali się za pisanie wierszy białych o uczuciach międzyludzkich przy pomocy kalkulatora i tabeli Excela. Ale spokojnie – miłość nie umiera, po prostu wchodzi do kancelarii notarialnej.
Nowy projekt to kompromis pomiędzy Lewicą, która chciałaby, żeby Polska chociaż przez chwilę wyglądała jak część Zachodu, a PSL-em, który wciąż trzyma z Bogiem, glebą i ciocią Wiesią z parafii. Efektem tego kompromisu jest twór, który pozwala ludziom żyjącym razem załatwić kilka spraw formalnych, ale bez naruszania sakralnego statusu małżeństwa.
Zatem: nie zmieniasz stanu cywilnego, nie adoptujesz dzieci, nie organizujesz wesela w stylu skandynawskim. Ale możesz wspólnie mieszkać, korzystać z ubezpieczenia zdrowotnego i być traktowany jak ktoś więcej niż „kolega od herbaty”. Warunek? Wizyta u notariusza. To on staje się nowym świadkiem Waszego pożycia. Takie mamy czasy: dawniej był ksiądz, teraz jest aplikant radcowski i pieczęć.
Projekt celowo nie tyka rzeczy światopoglądowych, bo każdy wie, że jak się dotknie polskiego sumienia publicznego, to zaraz wybucha eksplozja jak przy wstrząsaniu butelką oranżady. Wszystko to z myślą o zgodzie z Nawrockim, który na dźwięk słowa „związek partnerski” dostaje wysypki w okolicach konstytucji.
Czy ten kompromis wejdzie w życie? Tego nie wiemy. Polska to kraj, gdzie kompromisy mają okres trwałości krótszy niż jogurt naturalny. Ale ważne, że temat wraca, bo rzeczywistość nie czeka na ustawodawcę. Ludzie żyją razem, dzielą rachunki, kupują kota na spółę i chcieliby mieć w papierach coś więcej niż „znajomość z Facebooka”.
Na tle tej debaty warto zauważyć inne wiadomości:
- Wołodymyr Żurawlow nie zostanie wydany Niemcom, choć nie wiadomo, czy to dlatego, że sąd był łagodny, czy po prostu zgubił pieczątkę.
- Sejm przegłosował podwyżkę CIT dla banków, co jest sposobem na powiedzenie „kochamy wasze zyski, ale teraz oddajcie troche”.
- Viktor Orbán znowu flirtuje z Putinem jak nastolatek z telefonem pod kołdrą. Szykuje się spotkanie USA-Rosja, a Węgry grają rolę gospodarza, bo nikt inny nie chce dać Putinowi gościnnego azylu bez ekstradycji.
- W Chinach trzeszczy armia. Czołowy generał został wyrzucony z partii, co oznacza, że nawet w autokracjach przychodzi czas na czystki. Tylko u nas szef MON może nie wiedzieć, gdzie są rakiety, i dalej sprawdzać plan lekcji.
- Na Bałkanach kobiety robią ajvar. Papryka, pot, tradycja i słoiki. A my? My robimy ustawę o wspólnym pożyciu. Wszyscy pracują na przyszłość.
Podsumowując: ustawa to nie rewolucja, ale krok. Może nie w stronę Marsa, ale przynajmniej w stronę XXI wieku. I dobrze. Bo miłość, choćby i notarialna, to jednak lepszy pomysł na państwo niż kolejne expose o „cywilizacji śmierci”.
A ci, którzy boja się, że związki kompromisowe zagrażają rodzinie, niech spojrzą na słupki urodzeń i liczby rozwodów. Rodzina nie potrzebuje wroga. Ona po prostu potrzebuje zmiany klimatu.
Miłego weekendu. Z kimkolwiek go spędzacie. I z jakiegokolwiek powodu.

Dodaj komentarz