ŻUREK, FURIA I DESER – CZYLI JAK ZIEMIA DRŻY, GDY MANOWSKA TRACI IMMUNITET

Warszawa


W polskiej prokuraturze znowu zawrzało. Waldemar Żurek – człowiek, który przypomina połączenie Skarbka z „Dziejów grzechu” i inspektora Clouseau – ponownie wysłał wniosek o uchylenie immunitetu Małgorzacie Manowskiej. Tym razem już nie ołówkiem, nie na żółtym papierze, ale z pieczątką, podpisem i determinacją, która mogłaby zasilić elektrownię atomową w Żarnowcu.

Bo jak się okazuje, w Trybunale Stanu niektórzy wciąż żyją w epoce gęsiego pióra i żeliwnego kalamarza. Piotr Andrzejewski, zastępca przewodniczącego TS (czyli człowiek, który pomylił swoją funkcję z tronem papieskim), uznał, że wniosek jest „nieodpowiednio umocowany”. Brzmi poważnie, a znaczy po prostu, że podpis nie pochodził od jego ulubionego prokuratora z epoki węglowej – Dariusza Barskiego.

Andrzejewski stwierdził, że skoro Barskiego odsunięto, to teraz cała prokuratura jest nielegalna. I że Bilewicz, Korneluk i Żurek to, cytując klasyka z Nowogrodzkiej, „uzurpatorzy”. Słowo, które w ustach Andrzejewskiego brzmi jak „diabeł wcielony”, a w rzeczywistości oznacza: „nie należą do mojej paczki”.

Żurek, który na takie numery ma cierpliwość jak stary notariusz po kawie, odpowiedział mu z właściwą sobie elegancją: wniosek wraca, tym razem z podwójnym podpisem i paragrafami, które nawet Konstytucja musiała przeczytać dwa razy, żeby zrozumieć. I dodał przy okazji, że Andrzejewskiemu przydałoby się wyłączenie ze sprawy – najlepiej wraz z zasilaniem.


Na drugim froncie – klasyka. Grzegorz Braun, ten niezmordowany rycerz z mchu i mgły, dostał nagrodę praw człowieka… na Białorusi. Tak, tej Białorusi. Nagrodę imienia Emila Czeczki – dezertera, który zdezerterował tak skutecznie, że aż go potem znaleźli martwego w Mińsku. To trochę jakby Putin wręczał nagrodę imienia Anny Politkowskiej – tylko bez ironii.

Braun z dumą dołączył do grona laureatów obok rosyjskich deputowanych, niemieckich prorosyjskich dziennikarzy i działaczy od „prawdy alternatywnej”. Wzruszające. Na miejscu Łukaszenki też bym płakał – ze śmiechu. Radosław Sikorski skomentował to najlepiej: „Lepszym patronem byłby Tomasz Szmydt, ale gratuluję – zapracował Pan”. Punkt dla Sikorskiego. Jak zwykle celnie, jak z dystansu piętnastu lat dyplomacji.


A na scenę wjeżdża Przemysław Czarnek, zwany przez znajomych „człowiekiem pachnącym empatią ”. Z troską w głosie i patosem w oczach zarzuca Tuskowi, że ten „obraża śmiertelnie chorego człowieka”, czyli Zbigniewa Ziobrę. „To bestialstwo nieznane w państwach cywilizowanych!” – grzmi Czarnek.

Trudno nie przyznać racji. W końcu w żadnym cywilizowanym kraju nie spotyka się ministra, który uciekł za granicę, bo boi się odpowiedzieć na zarzuty o kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą. To już nawet Pablo Escobar miał większy szacunek do procedur.

Ziobro, niczym romantyczny bohater w dresie od Gucciego, grozi z Budapesztu, że „jak wróci, to nie będzie kolorowo”. Brzmi jak zapowiedź sequela „Ojca chrzestnego”, ale w wersji, w której Marlon Brando mówi po lubelsku i w tle słychać hymn Solidarnej Polski.


A gdzieś w tle Hołownia, jak zawsze grzeczny, punktualny i lekko melancholijny, kończy kadencję marszałka Sejmu. Żegna się z klasą, jak nauczyciel z maturzystami: „Byłem sędzią, nie napastnikiem”. Trudno się nie wzruszyć – w tym kraju bycie sędzią, a nie napastnikiem, to akt heroizmu.


Tymczasem Karol Nawrocki, nasz nowy prezydent, też nie próżnuje. Bierze udział w kampanii November, zapuszcza wąsa i zachęca do badań prostaty. Gdyby tylko w podobny sposób zachęcał do badań nad praworządnością – bylibyśmy w czołówce Europy.


A w tle, jak zwykle, Waldemar Żurek. Niezłomny, uparty, z paragrafami w kieszeni i konstytucją pod pachą. Człowiek, który przypomina, że prawo to nie tylko literki na papierze, ale tarcza, która chroni nas przed głupotą, pazernością i wąsami łagodzących tonem hipokrytów.

Brawo, panie Żurek. Proszę nie odpuszczać. Bo jak Pan zrobi krok w tył, to zaraz ktoś wprowadzi paragraf, że „Trybunał Stanu może działać jednoosobowo, byle po znajomości”.


Polska jesień 2025: trochę deszczu, trochę absurdu, dużo polityki i jeden niezłomny Żurek.
A w tle Kaczyński, który jak zawsze uważa, że „nie ma sprawy” – bo w jego świecie rzeczywistość wciąż ma status tymczasowego aktu prawnego.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights