ZNUŻENIE TOTALNE, CZYLI O SENSIE W ŚWIECIE, KTÓRY SIĘ STARZEJE

Warszawa

Są epoki młode, które wierzą w przyszłość, i są epoki stare, które wierzą już tylko w narracje. My żyjemy w tej drugiej. Znużenie stało się emocją zbiorową, czymś pomiędzy permanentnym jet lagiem a moralnym reumatyzmem. To nie jest już gniew — gniew wymaga energii. To jest zmęczenie cywilizacyjne, zmarszczka na czole świata, który widział za dużo i nauczył się za mało.

Donald Trump jest idealnym produktem tej fazy historii. Wrócił do Białego Domu nie jak zbawca, lecz jak objaw choroby przewlekłej. „Trump 2.0” miał być terapią szokową dla gospodarki: cła, obniżki podatków, deregulacja, powrót produkcji do USA. Fakty są mniej filmowe. Owszem, PKB rośnie, inflacja wyhamowała, kapitał spekulacyjny krąży jak zawsze. Ale przemysł nie wrócił. Detroit nie wstało z kolan. Cła uderzyły w globalne łańcuchy dostaw, podnosząc koszty dla firm i konsumentów, a część biznesów — zwłaszcza tych opartych na taniej pracy migrantów — po prostu przestała się spinać.

Trump obiecał robotnikom godność, a dał im rachunki. Obiecał suwerenność gospodarczą, a zafundował fragmentację handlu. To klasyczny paradoks trumpizmu: polityka, która ma chronić „zwykłych ludzi”, w praktyce najbardziej ich męczy. MAGA okazało się hasłem emocjonalnym, nie planem strukturalnym. Ekonomia nie reaguje na caps lock.

W tle tej gospodarczej kakofonii rośnie nowe imperium narracji. Larry Ellison — cichy architekt medialnej potęgi, mentor Elona Muska — pokazuje, że w XXI wieku władza nie polega już na posiadaniu fabryk, lecz na kontroli opowieści. Media nie mają wyjaśniać świata, tylko go uspokajać, zagłuszać, wygładzać. Prawda ma nie boleć. Ma się klikać. To znak starzenia się demokracji: kiedy informacja przestaje być narzędziem poznania, a staje się środkiem znieczulającym.

Najbardziej brutalnym dowodem tej degeneracji są akta Jeffreya Epsteina. Miliony stron dokumentów, nazwiska najpotężniejszych ludzi świata, systemowe wykorzystanie dziewczynek i młodych kobiet. To nie była patologia na marginesie. To był mechanizm w centrum elit. Reakcja Trumpa — agresja wobec dziennikarki CNN, opowieści o spisku, próby zamiecenia sprawy pod dywan — jest podręcznikowym przykładem moralnego bankructwa władzy. Gdy prezydent mówi: „wróćmy do rządzenia krajem”, w istocie mówi: „przestańcie patrzeć”.

Tu nie chodzi już o skandal. Chodzi o sens. O pytanie, czy świat, w którym najsłabsi są kosztem funkcjonowania systemu, ma jeszcze jakiekolwiek moralne alibi.

W Polsce zmęczenie ma inną temperaturę, ale ten sam zapach. Spór marszałka Czarzastego z ambasadorem USA pokazuje, jak krucha stała się równowaga między suwerennością a bezpieczeństwem. Ambasador, który zachowuje się jak namiestnik, i polityk, który reaguje emocjonalnie — to nie jest teatr, w którym ktoś wygrywa. To jest sytuacja, w której państwo traci energię na gesty, zamiast inwestować ją w stabilność. W obecnej geopolityce punkty w sondażach są walutą bez pokrycia.

PiS, jak zawsze, widzi w Trumpie politycznego mesjasza, który miałby przywrócić im sens istnienia. Tymczasem rzeczywistość jest prozaiczna: Ziobro ścigany listem gończym, KRS walcząca z rzeczywistością proceduralną, oficer SOP grożący dziennikarzowi. To nie są incydenty. To są objawy zużycia instytucjonalnego. Państwo nie upada spektakularnie. Ono się starzeje. Skrzypi. Coraz częściej wymaga podpórek.

Na świecie Iran liczy na interwencję USA, bo nie wierzy już w żadną wewnętrzną reformę. Ukraina zmaga się z nastrojami społecznymi, które przyszły zbyt późno, by coś naprawić, ale wystarczająco wcześnie, by wszystko komplikować. Rosja walczy z żywiołem, jakby natura wystawiała rachunek za imperialną pychę. W Luwrze upuszczona korona cesarzowej Eugenii — zdeformowana, lecz „do odrestaurowania”. Świetna metafora naszych czasów: wszystko da się naprawić, tylko nikt nie mówi, ile to potrwa i kto zapłaci.

Filozoficznie rzecz ujmując, żyjemy w epoce absurdu administracyjnego. Świat ma procedury, strategie, komunikaty, ale brakuje mu sensu. Albert Camus pisał, że absurd rodzi się z konfrontacji ludzkiej potrzeby znaczenia z milczeniem świata. Dziś świat nie milczy. On krzyczy. I właśnie to jest najbardziej męczące.

Jesteśmy więc zmęczeni. Nie znudzeni, nie obojętni — wyczerpani. Przerażeni brutalnością, zawziętością, bezwstydem ludzi u władzy. Znużeni politykami, którzy myślą, że upór zastępuje myślenie, a agresja jest dowodem siły. Oburzeni, ale z oburzeniem zużytym jak stare baterie.

To felieton o starzeniu się świata. O cywilizacji, która zna wszystkie narzędzia, ale zapomniała, po co je stworzyła. O potrzebie sensu w epoce hałasu. I o tym, że bez elementarnej przyzwoitości — tej najprostszej, nienegocjowalnej — nawet najlepsze wskaźniki makroekonomiczne są tylko kosmetyką na twarzy zmęczonej historii.

EPILOG: CIAŁO, KTÓRE WIE WIĘCEJ NIŻ POLITYKA

Na końcu tego wszystkiego zostaje ciało. Ono nie czyta wskaźników PKB, nie wierzy w narracje i nie interesuje się sondażami. Ciało jest bezlitosnym audytorem epoki. Wie, kiedy jest zmęczone, zanim głowa zdąży to racjonalizować. Boli, kiedy boli. Drży, kiedy świat zaczyna przypominać źle oświetlony korytarz w szpitalu o trzeciej nad ranem.

Polityka starzeje się dziś dokładnie tak, jak starzeje się człowiek. Najpierw pojawia się zadyszka przy rzeczach prostych. Potem coraz więcej leków – na pamięć, na sen, na lęk. W końcu przychodzi etap, w którym każdą słabość przykrywa się makijażem komunikatów i konferencji prasowych. „To nic poważnego”, „sytuacja jest pod kontrolą”, „wyniki są obiecujące”. Znamy to. Tak mówi organizm, który już dawno wie, że coś jest nie tak.

Lęk stał się chorobą cywilizacyjną nie dlatego, że ludzie są słabsi, ale dlatego, że świat przestał udawać, iż ma sens. Żyjemy w trybie permanentnej gotowości, jak pacjenci na izbie przyjęć, którym nikt nie mówi, czy będą operowani, czy odesłani do domu. Scrollujemy wiadomości jak wyniki badań, szukając jednego zdania, które nas uspokoi. Zazwyczaj go nie ma.

Prywatne starzenie się jest dziś najlepszą metaforą polityki. Kolana skrzypią jak instytucje. Kręgosłup boli jak konstytucja naginana w każdą stronę. Pamięć zawodzi jak obietnice wyborcze. A mimo to wszyscy udajemy, że wystarczy dobra mina i drogi garnitur, żeby oszukać czas. Nie da się. Czas zawsze upomina się o swoje.

Dlatego zmęczenie nie jest dziś słabością. Jest informacją. Sygnałem ostrzegawczym, którego nie da się wyciszyć kolejnym newsem ani kolejną awanturą. Jeśli polityka nie nauczy się czytać tego sygnału, skończy jak organizm, który zignorował objawy i obudził się za późno.

Na starość świata nie pomoże więcej krzyku, więcej cła ani więcej imperiów medialnych. Pomogłoby coś znacznie prostszego i trudniejszego zarazem: uczciwe przyznanie, że nie wszystko da się kontrolować, a nie każdą słabość da się zakrzyczeć. Ciało to wie. Historia też. Szkoda tylko, że władza wciąż udaje, że nie słyszy.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights