ZLOT IDIOTÓW, A MARSZ NIEPODLEGŁOŚCI TO ICH DUMNY SPACER

Warszawa

Wstajesz w poniedziałek rano, przedłużony weekend kusi kolejną kawą, a tu z kuchni dolatuje charakterystyczny dźwięk noży wbijanych w stary chleb – to metafora polskiej polityki ostatnich lat. Niezmienna, sucha i głucha. Tylko ostrza coraz bardziej stępiałe.

Za chwilę 11 listopada. Narodowe Święto, które w cywilizowanych krajach oznacza zadumę, wspólnotę, może flagę w klapie. W Polsce? Oczywiście Marsz Niepodległości. Czyli coroczny pochód paranoików, kiboli z kompleksami i zawodowych bojówek patriotycznych z IQ na poziomie temperatury w listopadowe poranki.

Na czele tej hałastry, tradycyjnie, Karol Nawrocki. Prezydent, któremu funkcja najwyraźniej pomyliła się z castingiem do roli Wodza Naczelnego we wstydliwym filmie historycznym klasy C. Nawrocki – jednocześnie kibol, fan siłowni i kolekcjoner obelg – postanowił, że 11 listopada, to doskonała okazja, by przywołać ducha Dmowskiego i ducha Warlikowskiego. Niestety, pomylił porządki: jednego z cmentarza, drugiego z teatralnej widowni.

To ten sam Nawrocki, który zawetował ustawę o parku narodowym, bo nie miał ochoty chronić przyrody, gdy można chronić mit. To on blokuje nominacje oficerskie dla młodych funkcjonariuszy ABW, bo polityczna zemsta zawsze ważniejsza niż państwo. Prezydent wszystkich Polaków, o ile ci Polacy mają biceps, flagę i dostęp do Marszu. Reszta? Zdradzieckie mordy.

Niech ktoś przypomni, że przez ostatnie miesiące Karol Nawrocki zawetował m.in. ustawę o finansowaniu in vitro, ustawę o szkolnictwie wyższym, wiatraki, a teraz gra nominacjami młodych oficerów jak dziecko z zapałkami. Tylko zamiast zapałek są tam życiorysy. Zapałki przynajmniej nie płaczą.

A jego świta? Mamy tam dwóch szczególnych kandydatów do nagrody Złotego Buraka: Marcin Przydacz i Bogucki. Ten pierwszy specjalizuje się w tonie obrażonego licealisty i chamstwie przebranym za dyplomację. Ten drugi osiągnął poziom bezczelności, przy którym nawet tabloidowe nagłówki łapią zadyszkę.

Nie można zapomnieć o Sławomirze Cenckiewiczu, etatowym strażniku mitu, bez dostępu do materiałów tajnych, który, gdy trzeba, to się odetnie, a jak trzeba, to się nie zawaha podpisać pod bzdurą. Ambicje ma ogromne, ale intelektualna elastyczność typowa dla bojownika, który odróżnia jedynie dwa kolory: biały i czerwony.

Wszystko to wieńczy niezastąpiony Robert Bąkiewicz, ten swojski Quasimodo polskiego nacjonalizmu, który z pozycji opłacanego przez państwo „bojownika o pamięć” zjechał do roli tła dla jeszcze większych groteskowych figur. Ale nie zniknął. Tli się w nim ambicja, tli się też w nim nienawiść – wystarczająco, by znów wpakować się na czoło pochodu i krzyczeć coś o Bogu, Honorze i Biedronce.

A teraz spójrzmy na PiS. Tak, oni też pójdą w Marszu. W komplecie. W zaciśniętych szczękach niosą frustrację i tęsknotę za czasami, gdy wszystko było proste: oni rządzili, reszta klaskała albo szła siedzieć. To dla nich pochód terapeutyczny. Idą po katharsis – bo przestali być bezkarni, bo utracili kontrolę nad mediami, spółkami, sądami i respiratorami. Idą, bo nienawidzą: Tuska, UE, migrantów, kobiet, LGBT i konstytucji, która przeszkadza w budowaniu katolickiej Korei Północnej.

Jarosław Kaczyński – ikona gniewu w wersji kieszonkowej. Człowiek, który zamienił państwo w folwark, a teraz na wieść o wezwaniu Obajtka na przesłuchanie woła „murem za!” i organizuje protesty, jakby prokuratorzy byli Niemcami z Września. Manifestuje, bo nic innego mu nie zostało poza marszem z transparentem i kruchym ego w plecaku.

I oto nadciąga też Konfederacja, ten barwny cyrk narodowo-wolnorynkowy. Z przodu idzie Grzegorz Braun, w płaszczu ciemności, z oczami jak reflektory Apokalipsy. On nie maszeruje – on sunie. Gdy mówi „będziesz wisiał”, to nie wiadomo, czy grozi, czy cytuje Biblię, czy właśnie składa życzenia imieninowe. Za nim jego osobista sekcja egzorcyzmów i memów. Braun nie potrzebuje programu – on ma objawienia.

Tuż obok kroczy Sławomir Mentzen – libertarianin z duszą broszury podatkowej. Ma w portfelu miliony w bitcoinach, ale w głowie inflację logiki. Nienawidzi Unii, podatków i kobiet z inicjatywą. Kiedy mówi, że Kaczyński to cham i kłamca, trudno się nie zgodzić, ale równie trudno zapomnieć, że mówi to człowiek, który sądzi, że państwo powinno działać jak jego feed na Twitterze – krótko, ostro, bez empatii.

A Bosak? Ten wieczny maturzysta historii, którego jedyną polityczną wizją jest cofnięcie się do 1938 roku i zatrzymanie tam na zawsze. Gdyby mógł, zredukowałby całą złożoność państwa do obowiązkowego hymnu, katechezy i podatku pogłównego od złych poglądów.

Konfederacja to marsz mutantów – narodowy gniew w opakowaniu z YouTube’a. Chcą mniej podatków, więcej kar i absolutnego zakazu wszystkiego, co sprawia, że świat nie przypomina drewnianej stodoły w Małopolsce. W Marszu pójdą z przekonaniem, że to ostatni bastion cywilizacji białego mężczyzny w patriotycznych skarpetkach.

A Marsz Niepodległości? Szykują zakazy, strefy, zakaz dronów, ruchu na Wiśle, przemieszczania się z nożem (co nie powstrzyma polskiego patrioty, który idzie z maczetą do Empiku, bo słyszał, że tam są książki o genderze). Policja będzie miała ręce pełne roboty, bo to nie Święto, to coroczny festiwal testosteronu bez myślenia. Dodajmy do tego, że pod płaszczykiem „święta” odbywają się regularne demonstracje siły – nie państwa, ale jego skarlałych karzełków.

Niepodległość? Od czego, do cholery? Od zdrowego rozsądku? Od Unii Europejskiej? Od wstydu? Świętujemy odzyskanie państwa, które ci sami ludzie w ostatnich latach zdążyli zniszczyć. Niepodległość to odpowiedzialność, nie przebrany za żołnierza cosplay narodowy.

W tym całym bajzlu jest Donald Tusk. I on jakoś trzyma pion. Z suchym, europejskim sarkazmem punktuje absurdy, komentuje memem i trzyma pałac świadomości przytomności. Zaufani: Domański, Żurek – wiedzą, co robić. Światło nadziei, choć wśród gasnących lampionów.

Na koniec – z nadzieją. Świadomość wraca. Sondaże spadają tam, gdzie powinny, prokuratura się budzi, a choć mur łatwo wznieść, to jeszcze łatwiej przebić go dobrym pytaniem. Choćby: „Naprawdę chcemy, by tym krajem rządziła banda obrażonych na rzeczywistość populistów?”

Na razie można tylko usiąść przy śniadaniu i przełknąć to wszystko z jajkiem na twardo. I nadzieją, że przyszły rok przyniesie mniej pochodów, a więcej myślenia.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights