ZIOBRO UCIEKA, MORAWIECKI TONIE, A KACZYŃSKI GRA W SZACHY Z SAMYM SOBĄ

Warszawa

Jarosław Kaczyński przypomina dziś generała, który przyszedł na wojnę z mapą z 2007 roku i dziwi się, że armia już nie ta, okopy w innym miejscu, a czołgi mają silniki na baterie. Wciąż przekonany, że rozdaje karty, podczas gdy jego talia to zestaw starych ulotek z kampanii Dudy i składany portret Zbigniewa Ziobry z wąsami dorysowanymi markerem.

Zacznijmy od Ziobry – niegdyś wszechwładnego szeryfa RP, dziś domniemanego uciekiniera z Budapesztu, który złożył wniosek o azyl, jakby nie do końca rozumiał ironię losu. Jego Fundusz Sprawiedliwości zamienił się w fundusz samoobrony prawnej, a Polska prokuratura nie może się zdecydować, czy go ściga, czy raczej zaprasza na długie weekendy. Sądowa farsa trwa – aresztu nie ma, bo sąd odracza, prokuratura zapomina dokumentów, a Ziobro gra na czas jak licealista, który liczy, że wakacje nadejdą zanim zacznie się wywiadówka.

Z kolei Morawiecki to przypadek szczególny. W PiS nikt już nie chce się przyznać, że to on był ich premierem. Człowiek od wszystkiego – od Zielonego Ładu, Polskiego Ładu, Lockdownów i Tego Nieszczęsnego Ładu, Którego Nikt Nie Ogarniał. Teraz, gdy afera z RARS (Rządową Agencją Rezerw Strategicznych, czyli piwnicą z publicznymi miliardami) przykleja mu się do garnituru jak plama z majonezu, partyjni koledzy patrzą w sufit, udając że przyszli tu tylko po kawę.

Ale wróćmy do samego Kaczyńskiego, który zdaje się wierzyć, że Konfederację można jeszcze podzielić, że Bosak zostanie jego nowym Mariuszem Błaszczakiem, a Braun zniknie jak niedzielna herbatka. Problem w tym, że Braun nie zniknie. Braun rozkwita – na tle Ziobry, który uciekł, wypada jak desperado z katolickim pistoletem i dewocjonaliami. Antyunijny, antysemicki, prokatastroficzny – cały w narodowej glorii i szale.

A Mentzen? Ten już nie potrzebuje Kaczyńskiego – sam wypuszcza kandydatów, inwestuje w social media, i wie, że PiS to koń, który już dawno zgubił podkowę. Tylko prezes nie wie.

PiS tonie nie dlatego, że świat się na nich uwziął. Tonie, bo jest cięższy od własnych afer. Tonie, bo przez osiem lat nieustannie wiercił dziury w dnie łodzi. Rządził przez chaos, pogardę i pogróżki, a dziś nie potrafi zapanować nawet nad własnymi członkami. Ziobro uciekł. Romanowski zniknął. Morawiecki zaszył się w cieniu i czeka, czy dostanie nożem w plecy, czy może coś jeszcze z tej partii wyciągnie.

Kaczyński żyje w politycznej przeszłości, gdzie wystarczyło postraszyć Niemcem, podnieść 500+ i zohydzić opozycję. Ale to już nie działa. Mercosur – ta południowoamerykańska umowa handlowa, którą kiedyś popierał jego rząd – dziś staje się argumentem Brauna. Bo Braun nie musi być konsekwentny. Musi być głośniejszy. I jest.

Tymczasem PiS kłóci się sam ze sobą. Harcerze kontra maślarze, Czarnek kontra reszta planety, Morawiecki kontra prokuratura. Kurski grozi z X-a, że premier flirtuje z Tuskiem. Wiceprezesi PiS wchodzą do mediów tylnym wejściem, żeby nie musieć odpowiadać na pytania.

I w tym wszystkim mamy Nawrockiego, który również cichutko unosi się na tratwie zrobionej z własnych decyzji, jakby udając, że nie zna tych ludzi i w ogóle tylko tu sprząta.

Dla Kaczyńskiego nadchodząca kampania to nie wybory – to odsiecz wiedeńska, wierzy, że pokona wszystkich naraz, przy pomocy Bosaka, którego chwali, Ziobry, którego udaje że nie zna, i Morawieckiego, którego może jednak odkurzy, jak zabraknie planu B.

Problem polega na tym, że przeciwników nie trzeba już jednoczyć. Oni są zjednoczeni. W wściekłości, bezradności i pragnieniu zemsty. A PiS? PiS kręci się w kółko, sam w siebie rzuca toporkami i jeszcze dziwi się, że krwawi.

A kraj patrzy na to z mieszaniną zażenowania i satysfakcji. Bo ta partia, która miała być bastionem siły i suwerenności, dziś przypomina karczmę na końcu świata, w której każdy każdemu coś ukradł, ale jeszcze nikt nie zapłacił rachunku.

Ale spokojnie. Właśnie nadjeżdża Braun. Z koloratką, zamówieniem na relikwie i nowym spotem o tym, jak to PiS zdradził Chrystusa. Na tle tej burleski Ziobro zaczyna wyglądać jak postać z opery Pucciniego – tragiczna, śmieszna, ale przede wszystkim: śpiewająca zza granicy.

I tylko Tusk, gdzieś tam z boku, popija kawę i mówi: „Nie przeszkadzam. Rozliczajcie się dalej. Ja poczekam.”


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights