ZIMNA WOJNA W CIEPŁYM KRAJU, CZYLI JAK PREZYDENT NAWROCKI GRA W SZACHY, MAJĄC NA PLANSZY SAME PIONKI

Warszawa

W Warszawie wrzesień, a w powietrzu zapach jesieni pomieszany z polityczną stęchlizną. Zimna wojna między rządem a Pałacem Prezydenckim trwa w najlepsze — bez rakiet, ale za to z wyjątkowo ciężką amunicją złożoną z obrażonych min, przecieków do mediów i dumnych oświadczeń pisanych capslockiem.

I chociaż to brzmi jak streszczenie kiepskiego serialu politycznego z lat 90., to niestety mówimy o realiach kraju, który dostał właśnie 43 miliardy euro z UE, ale nie może wysłać ambasadora do Rzymu, bo prezydent Karolek poczuł się urażony. Czym? Nie wiadomo. Może tym, że Rzym to jednak zbyt duża scena jak na jego kieszonkową politykę.

Tak, dobrze czytasz — Karol Nawrocki, samozwańczy strażnik dyplomatycznego smaku i jedyny znany przypadek człowieka, który w Helsinkach potrafi popsuć pogodę, postanowił zabawić się w wetowanie wszystkiego, co rząd zaproponuje. Ryszard Schnepf jako ambasador w Rzymie? Nie. Bogdan Klich w Waszyngtonie? Nigdy w życiu. Może Królik Bugs na Malcie? Zobaczymy.

Zamiast ambasadorów mamy więc teatr jednego aktora, który w trakcie każdej zagranicznej wycieczki opowiada obcym mediom, jak to w Polsce źle, bo premier coś powiedział siedem lat temu. A ostatnio naprawdę się rozkręcił: Wilno, Rzym, Helsinki — Nawrocki nie tyle jeździ z misją dyplomatyczną, co z walizką pełną żalów do Donalda Tuska. W Finlandii posunął się do tego, że otwarcie oskarżył szefa rządu o szkodzenie relacjom z USA, bo kiedyś (uwaga, będzie dramatyczne westchnienie) nazwał Donalda Trumpa „rosyjskim agentem”.

No i Donald Tusk, który od dawna cierpi na chroniczne zmęczenie cudzymi głupotami, w końcu nie wytrzymał i odpowiedział. I zrobił to po tuskowemu: krótko, treściwie i z ironią, która mogłaby ciąć stal. „Nadawanie na rząd za granicą? No nie, panie prezydencie, nieładnie!” – napisał na X, z właściwym sobie wdziękiem pedagoga, który już nie krzyczy, bo wie, że i tak to na nic.

A tymczasem, zupełnie jak w złej operze mydlanej, szykuje się spotkanie dwóch Marcinków: Bosackiego i Przydacza. Ten pierwszy – reprezentant rządu, drugi – nadworny szeptacz prezydencki. Spotkanie dopiero jutro, ale już dziś wiadomo, że nie przyniesie żadnego przełomu. To będzie bardziej „Zimna herbata u cioci na imieninach” niż „Szczyt w Camp David”. Obie strony szykują się do tej rozmowy jak do potańcówki w domu seniora: niby grzecznie, ale z wyraźnym zamiarem przewrócenia komuś balkonika.

Zresztą, prezydenccy urzędnicy wprost mówią, że nie liczą na porozumienie, bo „jak się chce pokoju, to się nie wysyła Bosackiego”. Urocze. To tak, jakby ktoś miał pretensje, że pilot lecący nad burzą nie wziął ze sobą różdżki.

Na drugim froncie — tym finansowym — robi się jeszcze ciekawiej. Agencja Fitch zaktualizowała perspektywę Polski na „negatywną”. Czyli z „jest źle” na „zaraz walnie”. Oficjalny powód? Zbyt duży deficyt i… tak, zgadliście — prezydenckie weta.

Minister finansów Andrzej Domański, który dzielnie próbuje zszyć budżet rozpruty jak marynarka po weselu, bez ogródek mówi, że to Karol z Pałacu gra tu rolę długopisowego kata. Każda ustawa, która mogłaby zwiększyć dochody państwa — cyk, veto. Każda próba uszczelnienia systemu — veto. Każda opcja opodatkowania banków — jeszcze się zastanowimy, ale pewnie też veto, bo banki są takie miłe.

Oczywiście Pałac nie pozostaje dłużny — kontruje, że to rząd sam się wpędził w deficyt przez nieudane reformy PIT i rozdawnictwo w stylu „babciowe + wdowie + wszystko + dla każdego po 800 zł i bilet do Energylandii”. Czyli klasyczny przykład: „To nie ja przewróciłem wazon, to podłoga się ruszyła.”

W tym całym dramacie, jakim jest polska polityka, na szczęście mamy też momenty jasne. Komisja Europejska przyznała Polsce rekordowe 43,7 miliarda euro z programu SAFE. Najwięcej w całej Unii. Więcej niż Francja, Włochy i Hiszpania razem wzięte. Tusk to skwitował słowami: „Robimy, nie gadamy.” A Nawrocki? On najpewniej już pracuje nad wetem do planu wydatkowania tych środków, bo przecież nic nie cieszy go bardziej niż zablokowanie rzeczy, które mają sens.

Radosław Sikorski tymczasem elegancko tłumaczy, dlaczego Polska zamyka granicę z Białorusią. Powód? Manewry Zapad 2025. Ale to nie są zwykłe ćwiczenia wojskowe — to rosyjsko-białoruska wersja „Dnia świra”, tylko z większą liczbą czołgów. I tak, Łukaszenka już się oburzył. A w odpowiedzi Polska wydala białoruskiego dyplomatę, który — jak donosi TVN24 — „wspierał działania agresywne”. Czyli prawdopodobnie siedział w ambasadzie i udawał, że jest żyrandolem, podczas gdy jego telefon podsłuchiwał połowę Podlasia.

Na koniec crème de la crème absurdu: proces Sebastiana M., sprawcy wypadku na A1, ruszył z hukiem, tylko po to, by natychmiast zostać… skierowany do mediacji. Tak. Człowiek, który zabił rodzinę, ma teraz pogadać z oskarżycielami i wynegocjować jakieś „uczciwe warunki wybaczenia”. W tej logice tylko krok do wprowadzenia karty lojalnościowej dla przestępców: „Zabij trzy osoby, czwartej przeprosić nie musisz.”

Podsumowując: mamy dziś kraj, który dostaje miliardy z Brukseli, zamyka granice z dyktaturami, odpiera propagandę z Białorusi i próbuje naprawiać dziurawy budżet… ale wszystko to odbywa się, jakby w tle działał sabotażysta z zapałkami w ręku i szerokim uśmiechem. Nazywa się Karol Nawrocki. I chyba jako jedyny nie zauważył, że wszyscy wokół już się zorientowali, że nie jest bohaterem tej opowieści — tylko jej niezamierzoną karykaturą.

Panie prezydencie, jak pan się zmęczy tym wszystkim, to może czas na coś nowego? Może kółko origami? Tylko niech pan nie zawetuje papieru.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights