ZIEMNIAK, CO SIĘ W NORZE UKRYWA

Warszawa

Zbigniew Ziobro to polityczna wersja kota Schrödingera: raz żywy, raz schorowany, raz pogrzebany, a raz skacze na sejmowy stół i drapie. „Nowotwór, który u mnie stwierdzono, daje mniej niż 10 proc. szans przeżycia w ciągu pięciu lat” – rzekł ze smutkiem. I zaraz potem, niczym cudownie ozdrowiały Łazarz z Pcimia, zrywa się z łóżka, żeby poujadać na Żurka, Europę, sądy i wszystkich, którzy ośmielają się przypominać mu jego własne grzechy.

To wręcz cud medycyny: człowiek, który nie może przyjść na komisję, bo „choroba i zabiegi”, nagle znajduje siły, by stać na konferencji i grzmieć, że „Pan Bóg miał dla mnie jakieś inne plany”. No jasne – Bóg planował, Ziobro wykonał, a reszta świata ma klaskać.

Ziobro zawsze był specjalistą od patosu w stylu wiejskiego kaznodziei: dużo dymu, mało ognia, ale zawsze z palcem podniesionym ku niebu. Słowa o planach Boga brzmią tymczasem jak usprawiedliwienie własnych uników – tych niezliczonych aktów chamstwa, tchórzostwa i nękania innych. Bo kiedy trzeba było rozliczać sędziów, zastraszać prokuratorów i niszczyć ludzi, zdrowie dopisywało aż miło. Gdy jednak przyszło odpowiadać za swoje, od razu „powikłania”.

A przecież to nie choroba zrobiła z Ziobry człowieka, którego własna partia traktuje jak kłopotliwego kuzyna z prowincji. To charakter. Chamstwo – jak stary płaszcz, zawsze na wierzchu. Tchórzostwo – jak parasol, zawsze pod ręką.

Ziobro jednak wie jedno: jeśli kiedykolwiek trafi przed sąd i – cud nad cudami – doczeka wyroku skazującego, to Karol Nawrocki już trzyma w szufladzie akt łaski. Ma na to pięć lat, bo tyle jeszcze potrwa jego prezydencka kadencja. Problem w tym, że postawić Ziobrze zarzuty to jak próbować złapać mydło w pianie – wszyscy o tym mówią, a nikt nie wie, czy kiedykolwiek się uda.

Póki co były minister sprawiedliwości żyje w rytmie „przychodzę – nie przychodzę”, „choruję – nie choruję”, „Bóg – ja – naród”. A my możemy się tylko zastanawiać, czy to naprawdę człowiek w walce z nowotworem, czy raczej polityczny zombie: niby martwy, ale wciąż kąsa, wrzeszczy i psuje powietrze.

Bo Ziobro, jak wiadomo, nigdy nie wychodzi – on się tylko wynurza z nory. Na chwilę. By zaszczekać. By obrazić. By przypomnieć, że w polskiej polityce nawet 10 proc. szans wystarczy, żeby wracać jak zły sen.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights