





Piątek, 7 listopada 2025 roku, przejdzie do historii jako dzień symbolicznego końca bezkarności. Sejm Rzeczypospolitej uchylił immunitet Zbigniewa Ziobry w związku z 26 zarzutami Prokuratury Krajowej i wyraził zgodę na jego zatrzymanie oraz tymczasowe aresztowanie. To pierwszy raz, kiedy były minister sprawiedliwości stanie w pełni na równi z każdym obywatelem wobec prawa, zamiast ukrywać się za parawanem politycznej nietykalności. A przecież to właśnie on zbudował system, który miał rzekomo rozliczać wszystkich innych. Dziś sam znalazł się w jego trybach.
Ziobro, korzystając z gościnności Viktora Orbána w Budapeszcie, grozi, straszy, powołuje się na prawdę i domniemanie niewinności, choć wcześniej sam ten fundament państwa prawa beztrosko demolował. W rozmowie z Telewizją Republika mówi o „złodziejach”, „zemście” i „ustawce”. Straszy: „To się dla nich źle skończy”. Kiedyś dyktował warunki, dziś wygłasza groźby z bezpiecznej odległości, karmiąc resztki elektoratu spiskową papką.
Donald Tusk zachowuje chłodny spokój: „Nie mam potrzeby zemsty. Mam potrzebę rozliczenia. Komandosów do Budapesztu nie wyślę”. Minister Waldemar Żurek dodaje: „Przywracamy państwo prawa. Rozliczymy wszystkich, którzy je łamali”. Prosto, uczciwie, bez medialnych spektakli.
Nie zabrakło oczywiście i sejmowego kabaretu. Janusz Kowalski nazwał ministra Żurka „draniem”, Sebastian Kaleta ogłosił koniec demokracji, a Patryk Jaki stwierdził, że „Polska stała się Białorusią Zachodu”. Chyba tylko dlatego, że tym razem to ich znajomi lądują w roli podejrzanych. Gdy Ziobro rządził z pozycji prokuratora, nikt nie krzyczał o „politycznych motywach”. Teraz, kiedy to on ma odpowiadać za czyny, jego koledzy rozpaczliwie wieszają się na klamce retoryki.
Na konferencji prasowej Kaczyński wyglądał na człowieka, który sam nie wierzy w to, co mówi. Z jednej strony bredził o domniemaniu niewinności, z drugiej – jak zwykle – odgrażał się, że przyjdzie czas rozliczenia „szajki, która rządzi Polską”. Równie dobrze mógłby cytować samego siebie z 2007 roku. Powtarzalność narracji robi się żenująca.
Prof. Ewa Łętowska, jedna z najwybitniejszych znawczyń prawa, przypomina: „Rozliczenia muszą być rzetelne, uczciwe i zgodne z procedurą. Inaczej wszystko zostanie unieważnione przez historię”. Wtóruje jej prof. Andrzej Zoll, który pozytywnie ocenia reformę KRS ministra Żurka jako kompromis przywracający praworządność: „Moim zdaniem to uzdrowi KRS. To rozsądne rozwiązanie”.
Na tym tle głos prof. Łętowskiej był jak haust świeżego powietrza. Mówi jasno: „Sędziowie i prokuratorzy są od stania na straży prawa, nie od wykonywania politycznych rozkazów. Rozliczenia muszą być rzetelne, uczciwe, zgodne z procedurą. Inaczej wszystko zostanie unieważnione przez historię”. I właśnie dlatego tak ważna jest postawa ministra Żurka – oparta nie na odwecie, ale na systemowym przywracaniu zaufania.
A gdy wydaje się, że groteska osiągnęła szczyt, wchodzi prezydent Karol Nawrocki i zawetowuje ustawę o Parku Narodowym Doliny Dolnej Odry. Wstrzymuje też nominacje oficerskie dla 136 funkcjonariuszy służb specjalnych. Premier Tusk oskarża go o zemstę i psucie państwa. Nawrocki odpowiada, że to rząd blokuje mu dostęp do informacji. Minister Siemoniak kontruje: „To nieprawda. Prezydent i jego ludzie otrzymują wszystkie informacje, nie ma trybu wzywania podwładnych premiera przez inny organ państwowy”. Dokumenty ujawnione przez Siemoniaka pokazują, że promocje nie były nawet wymienione w agendzie spotkań z prezydentem. „To zemsta na funkcjonariuszach, a nie realny spór o procedury” – podsumowuje minister.
W tym samym czasie, w Białym Domu, Donald Trump spotyka się z Viktorem Orbánem. Po rozmowie Trump sugeruje wyłączenie Węgier z sankcji na rosyjską ropę. Orban ogłasza sukces: Węgry mają zostać całkowicie zwolnione z sankcji związanych z rurociągami TurkStream i Przyjaźń. To krok w stronę dalszego uzależniania się Budapesztu od Moskwy, a także sygnał, że dla Trumpa interesy sojuszników są mniej ważne niż gesty wobec silnych liderów.
Spotkanie było teatralne: Trump chwali Orbána, wspomina o potencjalnej wizycie w Budapeszcie, a temat Ukrainy schodzi na dalszy plan. Orban podkreśla, że tylko on i Trump chcą pokoju. W rzeczywistości obaj chcą innego porządku świata – mniej związanego z NATO, a bardziej z osobistymi układami.
W tym samym czasie Hołownia żegna się z funkcją marszałka Sejmu z godnością i autoironią: „Za dużo sucharów? Przepraszam. Konstytucji nie mam, bo bym się rozbeczał”. Scena polityczna rzadko widzi tak ludzkie momenty.
Tego samego dnia Sejm uchwala ustawę podnoszącą podatek cukrowy i opłaty od energetyków. W tle dyskusji o państwie prawa i demokracji, polityka codzienna robi swoje – bo budżet musi się spinać.
7 listopada był więc dniem nie tylko ważnym, ale i oczyszczającym. Oczywiście – to dopiero początek. Ale coś się zaczęło. I nie jest to kolejny PR-owy program rządu. To coś realnego. Ruch w stronę odpowiedzialności.
Niech prawo zawsze prawo znaczy, a sprawiedliwość – sprawiedliwość. Nawet jeśli musi sięgać po tych, którzy myśleli, że są nietykalni. A teraz, z Budapesztu, krzyczą o wolności i demokracji. Za późno, panowie. Za późno.


Dodaj komentarz