

W listopadowym teatrze politycznym na scenę wraca nasz dawny mistrz ceremonii – Zbigniew Ziobro. Jeszcze niedawno prokurator generalny i król sprawiedliwości, dziś raczej jej zaginiony aktor. Tym razem z nowym repertuarem: dwa donosy, jeden immunitet i tysiąc usprawiedliwień. Jak widać, nawet po upadku można wstać – byle tylko nie za wysoko, bo wtedy znów widać zbyt wiele.

Ziobro przebywał ostatnio na Węgrzech, gdzie – jak twierdzą jego zwolennicy – znalazł przyjaciela w osobie Viktora Orbána. Panowie spotkali się podobno przypadkiem, na pokazie filmu o „Przejęciu” TVP, co brzmi jak doskonały tytuł autobiografii byłego ministra. Orbán zapewnił, że „rozumie sytuację przyjaciela z Polski”, co w tłumaczeniu z węgierskiego oznacza zapewne: „dopóki jesteś użyteczny, masz u mnie schronienie i gulasz”.
Ziobro jednak, ku zaskoczeniu wszystkich, azylu nie chce. Oświadcza, że wraca do kraju, bo „nie boi się aresztowania”. Trudno powiedzieć, czy to odwaga, czy utrata instynktu samozachowawczego. Bo oto w Polsce czeka na niego nie tylko 26 zarzutów, ale też minister Waldemar Żurek – człowiek, który przez lata był ofiarą jego systemu, a teraz może spokojnie nalać sobie zupę i powiedzieć: to jest mój żurek sprawiedliwości społecznej.
Błaszczak, wierny komentator tragedii kolegów z partii, zauważył ostatnio, że „jedząc żurek, Tusk wydał wyrok na Ziobrę”. Cóż, jeśli premier naprawdę ma taką moc, to może przy barszczu z uszkami położy kres inflacji, a przy rosole odwoła zimę.
Ziobro, jak przystało na człowieka z misją, nie siedzi jednak bezczynnie. W jeden dzień składa dwa donosy – na Żurka i na prokuratora Woźniaka. Oskarża ich o „poświadczenie nieprawdy” przy podpisywaniu wniosku o uchylenie jego immunitetu. Krótko mówiąc: jego zdaniem podpis nie ten, paragraf nie ten, a więc i wniosek do kosza. Gdyby nie to, że stawką są lata więzienia, można by to uznać za kabaret biurokratyczny.
To zresztą ulubiona gra PiS-owskich prawników: kto szybciej złoży zawiadomienie na drugiego. Polityczne sudoku, w którym każdy kwadrat to osobny akt oskarżenia.

Tymczasem na drugim planie inny weteran rządów „dobrej zmiany” – Marian Banaś. Jego współpracownicy już usłyszeli zarzuty o ujawnianie tajemnic skarbowych, a sam Banaś zapewnia, że „nie popełnił żadnego przestępstwa”. Zadziwiające, jak często ta fraza powtarza się w ustach dawnych ministrów PiS – brzmi już jak hasło klubowe: „Nie popełniłem żadnego przestępstwa – ale mnie ścigają”.
Z akt wynika, że ludzie Banasia, używając maili o wdzięcznych pseudonimach typu „Józef Baca”, przekazywali mu tajne informacje. Gdyby nie grożące im paragrafy, można by ich nazwać bohaterami epoki jawności, tylko że w odwrotnym kierunku.
W tle tej aferalnej symfonii pojawia się jeszcze KOWR i działka pod CPK, czyli polska wersja „Znikającego miliarda”. Działka za 23 miliony, warta 400. Pisma przetrzymane, fundusze przelane, a ministrowie – zaskoczeni. W PiS-ie zdumienie to stan naturalny: „nie wiedzieliśmy, ale wierzyliśmy”. Tymczasem głowy lecą, raporty puchną, a w resorcie rolnictwa coraz trudniej odróżnić zboże od kwitów.

Na tle tej sarmackiej tragedii prezydent Karol Nawrocki przygotowuje się do Marszu Niepodległości. Hasło roku: „Jeden Naród – Silna Polska”. Brzmi jak z reklamy nawozu sztucznego, ale ma być poważnie. Marsz ruszy spod ronda Dmowskiego, bo jak wiadomo, polska prawica zaczyna i kończy przy rondach – najlepiej tych, gdzie można się pokręcić bez celu.
Nawrocki zapewne wystąpi z różańcem w jednej ręce i konstytucją w drugiej (choć tę drugą trzyma raczej za grzbiet). W tłumie będą też Służby Ochrony Państwa, policja i pewnie kilku księży z dronami. W końcu bezpieczeństwo prezydenta to priorytet – nawet jeśli bezpieczeństwo kraju schodzi na dalszy plan.

A na sali sądowej – kolejny akt polskiego dramatu. Jarosław Kaczyński, wezwany przez Krzysztofa Brejzę w sprawie prywatnego aktu oskarżenia, stawił się przed sądem i – jak to u niego – nie dostrzegł problemu. Przed wejściem oświadczył, że „nie widzi żadnego powodu do pojednania”, bo przecież pojednanie zakłada winę, a on winy nie widzi. Brejza, który słusznie zauważył, że nawet prezes PiS odpowiada za swoje słowa, podkreślił, że w cywilizowanym świecie takie sprawy rozstrzyga sąd. Kaczyński natomiast uznał, że sprawa powinna zostać umorzona, bo – jak zwykle – nie ma sprawy.
Za oceanem Donald Trump znów gra na fortepianie populizmu. Tym razem grozi Nowemu Jorkowi, że odetnie fundusze federalne, jeśli mieszkańcy wybiorą „komunistę” Zohrana Mamdaniego. Nie popiera nawet republikanina – bo po co, skoro łatwiej wspierać byłego gubernatora Cuomo, który zrezygnował z urzędu po oskarżeniach o molestowanie. Trump jak zwykle trzyma się zasad: lojalność wobec siebie samego przede wszystkim.

W skrócie – w Ameryce prezydent szantażuje miasto, w Polsce były minister donosi na ministra, a w Trybunale sędziowie orzekają we własnych sprawach. Tyle że u nas to nie film, tylko wieczorne wiadomości.
I na koniec – PiS tropi „krety”. Nie te w ogródku, lecz w partii. Ktoś wyniósł przekazy dnia do mediów. Teraz biuro prasowe planuje rozsyłać każdemu politykowi inny dokument, z drobnymi zmianami w przecinkach, by potem namierzyć zdrajcę po interpunkcji. Orwell by się uśmiechnął, gdyby nie to, że w PiS jego książki czyta się jak poradniki.
Tak wygląda Polska na listopadowy wtorek 2025: Ziobro gra w paragrafy, Banaś w chowanego, Telus w niewiedzę, Nawrocki w zbawiciela, a Tusk – w cierpliwość.
A my? My jak zwykle siedzimy przed ekranem, popijamy kawę i pytamy: czy to jeszcze polityka, czy już reality show o upadku logiki.

Niech więc Waldemar Żurek dalej miesza swój żurek – póki się nie przypali. Bo w tym kraju to już ostatnia potrawa, której jeszcze nikt nie zawłaszczył.

Dodaj komentarz