
Nie wiemy, co dokładnie podano na lunchu w Białym Domu, ale musiało to być coś mocniejszego niż herbata z miętą, bo Wołodymyr Zełenski opuścił gabinet owalny w nastroju człowieka, który właśnie wygrał reality show, choć wszyscy wiedzą, że reżyser był pijany.
„To było najlepsze moje spotkanie z prezydentem USA Donaldem Trumpem” – powiedział Zełenski z powagą, która u przeciętnego człowieka występuje tylko przy składaniu ślubów lub odbiorze mandatu.
To zdanie zasługuje na osobne miejsce w muzeum absurdu politycznego, najlepiej tuż obok zdjęcia Donalda Trumpa machającego z papierowym ręcznikiem w Portoryko.
Prezydent Ukrainy dodał również, że „zależy nam na pokoju, a nie na przerwie w walkach”, co można odczytać jako delikatne „dzięki za nic” skierowane do wszystkich tych, którzy uznali, że pauza w zabijaniu to genialny punkt wyjścia do negocjacji.
Ale to jeszcze nie koniec.
„Rosja zaproponowała spotkanie dwustronne, a później trójstronne. Jesteśmy gotowi do spotkania z Putinem.”
„Kwestia terytoriów pozostanie sprawą między mną a Putinem.”
Przetłumaczmy to na język ludzki: „Rozważam wspólną wycieczkę z gościem, który mnie napadł, okradł, zabrał moje rzeczy i twierdzi, że to wszystko było moje życzenie.”
Nie zrozumcie mnie źle – Zełenski nie jest naiwny. Jest po prostu prezydentem kraju, który od ponad trzech lat musi robić konferencje prasowe w cieniu dymu po rakietach. Ale mimo wszystko, jego gotowość do „spotkania bez warunków wstępnych” z Putinem przypomina próbę pogadania z osą o pokojowej koegzystencji przy wspólnej lemoniadzie.
Zresztą, sam Zełenski przyznał:
„Tłumaczyłem prezydentowi Trumpowi, jaki procent okupowanych przez Rosję terytoriów został zdobyty przez Rosjan.”
Jakie to urocze. Pokaz slajdów dla Donalda. Być może Trump w tym czasie patrzył przez okno i zastanawiał się, czy Alaska nie powinna być zwrócona Rosji „dla równowagi”.
Złotym punktem tego politycznego kabaretu jest fakt, że Zełenski – oficjalnie prezydent kraju toczącego wojnę – musiał dostarczyć Trumpowi list od swojej żony. Nie znamy treści tego listu, ale możemy przypuszczać, że była tam fraza w stylu: „Drogi Donaldzie, przestań, błagam, to nie sitcom.”
Podsumowując: Zełenski wyglądał jak człowiek, który wie, że jedyną opcją jest rozmawiać z ludźmi, z którymi nie chciałby nawet dzielić windy.
Gotowość do rozmów z Putinem? Świadczy o desperacji, dyplomatycznej wytrzymałości lub niebywałej sile żołądka.
A entuzjazm po spotkaniu z Trumpem?
To już zasługuje na osobnego Nobla. Z dziedziny cierpliwości politycznej wobec mężczyzny, który przerwał rozmowę o wojnie, by zadzwonić do jej autora.
Dziękujemy za uwagę. I życzymy powodzenia. Nam wszystkim.

Dodaj komentarz