



Niedziela. Dla niektórych dzień odpoczynku, dla innych – okazja, by jeszcze raz rozlać farbę geopolityki na europejskie chodniki, tym razem grubszym pędzlem i z odrobiną obłędu w oczach.
Zacznijmy od Wołodymyra Zełenskiego, który ogłosił, że Ukraina może porzucić swoje aspiracje do NATO w zamian za „gwarancje bezpieczeństwa” ze strony Zachodu. Piękne słowa, które brzmią jak oferta od ubezpieczyciela, który obiecuje pokrycie strat w przypadku apokalipsy, ale drobnym drukiem zaznacza, że oferta nie obejmuje bombardowań, agresji jądrowej ani braku dostępu do broni zachodniej. Taka tam, polityczna ruletka: my damy wam zapewnienia, wy oddacie nam strategiczną niepewność.
To porzucenie aspiracji to nie tylko zmiana kursu. To zmiana silnika, pilota i kierunku lotu – i to w trakcie lotu przez burzę. NATO było przez lata mantrą ukraińskiej polityki bezpieczeństwa, wpisaną do konstytucji jak tatuaż na klatce piersiowej kulturysty: może i niezbyt elastyczny, ale przynajmniej robi wrażenie. Teraz Zełenski usuwa ten tatuaż laserem i mówi: „może bez tego też będziemy cool”. Jasne, Wołodia. Putin już się trzęsie.
W Berlinie toczą się rozmowy. Na froncie – trzeszczy. Ukraina odpiera ataki, Rosjanie nacierają jak zombi w trzecim sezonie kiepskiego serialu. Obie strony na granicy załamania nerwowego i logistycznego, tylko że jedna z nich ma imperialne ambicje, a druga jedynie poczucie że nie ma dokąd uciec. W tle – Polska. Oczywiście, jakżeby inaczej, bez zaproszenia na główną salę balową. Mamy być ważni, ale nie za bardzo; wspierający, ale z tyłu; głośni tylko wtedy, gdy klaszczemy.
Karol Nawrocki ma się spotkać z Zełenskim. Człowiek o twarzy powagi i emocjonalnej gamie „Czterech Pancernych” w wersji czarno-białej. Spotkanie to będzie zapewne pełne wzniosłych słów, flag, uścisków dłoni i pustych komunikatów. Nawrocki może i umie robić konferencje, ale o strategii bezpieczeństwa wie tyle, co kot o hydraulice sięgu rakietowego.
A propos wiedzy: Łukaszenka. Tak, nasz lokalny tyran-agrobiznesmen postanowił wypuścić 123 więźniów politycznych. Nie, nie Poczobuta. Bo Andrzej Poczobut to zbyt ważna karta przetargowa. Trzeba go trzymać pod kluczem, żeby mieć czym handlować przy następnym znoszeniu sankcji. To już nie polityka, to literalny handel ludźmi w wersji XXI wieku. Sprzedaje ludzi jakby byli workami z ziemniakami – worek za worek, człowiek za potas.
A co robi Ameryka? Zdejmuje sankcje. Znowu. Bo jak się okazuje, nawozy są ważniejsze niż wolność. Jasne, Trump ma swoje wybory, a ładunki potasu nie mogą czekać. Co z tego, że Łukaszenka gra na nosie wszystkim, łamie prawa człowieka, organizuje wybory na poziomie talent show w wiejskim domu kultury i przetrzymuje opozycjonistów jak zakładników w grach RPG.
To wszystko dzieje się w centrum Europy. W świecie, gdzie AI pisze sonety, a roboty robią burgery, autokrata z krwi i kości prowadzi zakulisowy bazarek z ludźmi jako walutą.
A teraz zmiana tonu. Przenieśmy się na salony polityczne w Warszawie. Nowa Lewica wybrała nowe władze, czyli Czarzasty nadal gra pierwsze skrzypce w orkiestrze, która gra co innego, niż słucha. Facet, który wie, że nie wygra wyborów, ale za to potrafi przegadać cztery minuty antenowe z miną Bismarcka po absyncie. Gratulacje dla Nowej Lewicy za konsekwentne trzymanie się pozycji: nie za blisko Platformy, nie za daleko od rozczarowania.
A PSL i Kosiniak-Kamysz? Dalej kręcą się jak łopatki wiatraka z rozklekotanym łożyskiem. Ten wiecznie obrotowy zespół, który byłby w stanie wejść w koalicję nawet z Klubem Miłośników Żuków, byleby mieć miejsce przy stole. Kosiniak to taki polityczny ninja, którego nikt nie widzi, dopóki nie trzeba zrobić czegokolwiek.
Na koniec wiadomości z plaży Bondi. Strzelanina podczas Świętowania Chanuki. Czy to jeszcze akt terroru, czy już znak czasu? Zachód zaczyna przypominać zderzenie reality show z grami wideo. Codzienność w stylu GTA: Australia Edition.
Podobno w Niemczech roboty będą karmić pracowników. Czyli już nawet lunch nie będzie wymagał kontaktu z drugim człowiekiem. Sztuczna inteligencja nakarmi, polityk pogłaszcze, a autokrata się uśmiechnie. Europa, 2025.
To nie jest tekst do śmiechu. To tekst do złości. A jeśli ktoś z PiS-u czy innych przyjaciół Banasia wciąż ma czelność ględzić o suwerenności Białorusi, to może czas zaktualizować definicję suwerenności. Bo łańcuch też jest formą niezależności. Zwierzę w cyrku też jest suwerenne, dopóki nie przyjdzie treser.
Tak wygląda dzień Pański w Europie Wschodniej.
A co u Ciebie?

Dodaj komentarz