


Wyobraź sobie państwo z tektury, gdzie sprawiedliwość wycenia się na dziesięć tysięcy euro za samo pojawienie się sędziego na sali sądowej, a odpowiedzialność odbija się od murów Pałacu Prezydenckiego jak piłeczka pingpongowa od brudnej ściany w sali gimnastycznej z czasów PRL. Witamy w Polsce A.D. 2026, gdzie śnieg pada, wiatr zawiewa, a elity polityczne odgrywają kolejne akty narodowej tragifarsy. Tej samej, której scenariusz pisany jest przez scenarzystów „Miodowych lat” po zderzeniu z Twitterem.
Waldemar Żurek, nowy-stary minister sprawiedliwości, twardy niczym krakowski bruk, a jednocześnie wściekły jak kret bez łopaty, przemawia w TVN24 z przekonaniem kaznodziei, któremu kazano głosić ewangelię w barze mlecznym. Mówi rzeczy ważne: że za każdego „neosędziego”, który zasiada na sali, Polska traci dziesięć tysięcy euro, bo przegrywamy sprawy przed europejskimi trybunałami. Dziesięć tysięcy za to, że jakiś magister prawa przebrany za sędziego postanowił poudawać niezależność. W przeliczeniu to mniej więcej tyle, ile kosztuje przyzwoita usterka w BMW należącym do posła Konfederacji.
Żurek nie owija w bawełnę, bo bawełna jest droga, a praworządność jeszcze droższa. Mówi wprost: prezydent Karol Nawrocki musi wiedzieć, jaka jest waga reform sądownictwa. Problem polega na tym, że prezydent jest obecnie zajęty podróżowaniem po Davos, gdzie spotyka się z prezesem Cisco, premierem Chorwacji i rozważa, czy warto podpisać „Radę Pokoju” Donalda Trumpa. Kręci się po konferencjach jak polityczny turysta all-inclusive, zbierając ulotki, zdjęcia i niejasne obietnice.
Zamiast rozmawiać o KRS-ie, prezydent rozważa ułaskawienie Adama Borowskiego, działacza o nieznośnej lekkości retoryki, który został skazany za zniesławienie Romana Giertycha. Gdybyśmy mieli mniej absurdu, powiedzielibyśmy, że to temat zastępczy. Ale mamy więcej absurdu niż infrastruktury kolejowej, więc Borowski staje się bohaterem narodowego rozdziału o wolności słowa pisanego Caps Lockiem.
W tym samym czasie, gdzieś na spokojnym brzegu Balatonu, Zbigniew Ziobro — duch przeszłości i mistrz sprawiedliwości po ciemku — nalewa herbatę z azylowego termosu. Uciekinier polityczny, ścigany przez sumienie narodu i prokuratorów, choć niekoniecznie w tej kolejności. Uzyskał azyl na Węgrzech, w kraju, który sam walczy z praworządnością jak z krwiożerczym karpiem w Wigilię. Węgrzy najwyraźnie uznali, że Ziobro jest ofiarą politycznych prześladowań, co — nawet jak na Budapeszt — brzmi jak ponury żart z kabaretu węgiersko-polskiego, sponsorowanego przez Putina.
Ziobro nie jest sam. Na emigracji towarzyszy mu żona, Patrycja Kotecka-Ziobro, również objęta ochroną. Choć oficjalnie nie ma przeciw niej zarzutów, to Żurek przypomina, że zna pewne dowody z tzw. afery hejterskiej, ale nie może ich ujawnić. Tajemnica śledztwa. Polska 2026: mamy tajemnice śledztwa, tajemnice państwowe i tajemnice, dlaczego ktokolwiek jeszcze głosuje na Konfederację.
A skoro o Konfederacji mowa — jej poseł Michał Wawer chce przeprowadzić proces Ziobry zaocznie. Żurek na to, że nie można. Bo prawo. Bo procedura. Bo cywilizacja zachodnia. Ale kogo w Konfederacji interesują takie drobiazgi, jak europejskie standardy? To przecież ugrupowanie, które uważa, że paszport to atak na wolność, a pas bezpieczeństwa to komunistyczny kaganiec.
W tym czasie na scenie międzynarodowej Donald Trump — święty Mikołaj populizmu — zakłada nową instytucję: Radę Pokoju. Z takim samym przekonaniem, z jakim wcześniej ogłaszał, że kupi Grenlandię albo że wygrał wybory w 2020. Brytyjczycy już powiedzieli, że dziękują za współudział, bo nie chcą w jednym klubie z Rosją. Dania również stawia warunki: „nie negocjujemy naszej suwerenności” — wyjątkowo elegancki sposób powiedzenia „spadaj, Donald”.
Tymczasem Radosław Sikorski, nasz naczelny minister spraw zagranicznych i retoryczny zawodnik wagi ciężkiej, przemawia w Davos z godnością, jakiej nie powstydziłby się Winston Churchill w pelerynie superbohatera. Putin to zbrodniarz wojenny, Rosja to agresor, a Ukraina płaci za nasz sen o pokoju rachunkiem złożonym z trupów. I trzeba mu oddać, Sikorskiemu, nie Putinowi, że potrafi nazwać rzeczy po imieniu, a nie po sondażu.
I gdy już myślimy, że to koniec, że gorzej być nie może, pojawia się Andrzej Szejna z Lewicy i jego zegarek. Omega. Droga. Luksusowa. Prawdopodobnie nielegalnie pominięta w oświadczeniu majątkowym. Poseł nie pamięta, czy to Omega, może nie, może Casio przebrany za Omeę, może prezent, może wygrana w chipsach. Partia wkurzona, koledzy zażenowani, a wyborcy — znowu zdradzeni przez ludzi, którzy obiecywali nową jakość, a dostarczyli stare zegarki i jeszcze starsze wymówki.
Lewica, chcąc być nowoczesna, wróciła do starych trików. PSL, chcąc być centrowe, znowu przypomina o sobie jako o zespole obrotowym, teraz chwaląc prezydenta Nawrockiego za to, że nie podpisał czegoś, co nawet nie zostało mu jeszcze przedstawione. A Nawrocki, niczym automat do kawy, wciśnęty w funkcję „prezydent”, dryfuje między Davos a rzeczywistością, sprawdzając, czy już czas na ułaskawienie czy może jeszcze nie.
Podsumowując: Polska polityka przypomina pociąg retro, który jedzie po torach absurdu, z napędem zrobionym z beki, a kierownictwem z ząbkowanych kół z PRL. Można tylko trzymać się barierki i liczyć, że stacja docelowa to nie kolejny wyjazd Ziobry do Budapesztu, tylko jakikolwiek powrót do zdrowego rozsądku.
A Żurek? Żurek krzyczy w pustkę: reformujmy! Naprawiajmy! Zmieniajmy! W odpowiedzi słychać tylko echo: „Plan B. Plan C. Plan Ułaskawienie. Plan Grenlandia”.
Może to i dobrze, że żyjemy w kabarecie. Tylko szkoda, że bilety są takie drogie, a wyjście z sali kosztuje dziesięć tysięcy euro.

Dodaj komentarz