ZĘBY MLECZNE, WETA I BIGOS NARODOWY

Warszawa

Środa rano. Warszawa nie tonie w mgle, tylko w chłodzie politycznym. Zimna wojna między Dużym Pałacem a Małym Pałacem rozkręca się na całego. Jedni chcą robić politykę w oparciu o konstytucję, inni – o własne ego i ambicje. A w tle Fitch liczy deficyt, który rośnie jak ciasto drożdżowe pod przykrywką.

Radosław Sikorski, człowiek, który widział już niejedną stolicę świata od środka, rzucił tekstem, który przejdzie do annałów: przypomniał Marcinowi Przydaczowi, że gdy on sam zaczynał jako wiceminister, ten drugi miał jeszcze mleczaki. Trafione, zabolało. I co zrobił Przydacz? Odpalił najcięższe działa – rasizm, seksizm, ageizm. Brakowało tylko „sadysta” i „dentysta”, żeby zamknąć listę. Tak wygląda polityczna odpowiedź kogoś, kto zamiast argumentów ma katalog obelg. Obrażona pensjonarka w garniturze.

A Karol Nawrocki? On ciągle w drodze. Waszyngton, Rzym, Wilno, Helsinki. Jak pielgrzym z dewocjonaliami, tyle że zamiast różańca – gadające głowy i konferencje prasowe. W Polsce zachowuje się jak wójt z dużym apetytem: wszystko by wetował, wszystko by blokował, a do tego marzy mu się system prezydencki. Rzecz jasna, nie w Białym Domu, tylko w swojej wersji: trochę wiejskiej, trochę nadętej, bardzo prowincjonalnej.

Donald Tusk patrzy na to z rosnącym zniecierpliwieniem. Wciąż stara się być tym rozsądnym w pokoju. Ale kiedy napisał, że nadawanie na rząd za granicą szkodzi Polsce, powiedział głośno to, co wszyscy już wiedzą. Bo czymże są konferencje Nawrockiego w obcych stolicach, jeśli nie publicznym praniem krajowych brudów? I to w pralni samoobsługowej, gdzie żetony wkłada TV Republika.

Tymczasem Fitch ostrzega, że finanse publiczne wyglądają jak stara wanna z dziurą. Deficyt zbliża się do 7 proc., wydatki pęcznieją jak balon, dochody gdzieś zniknęły. Rząd łata jak może, ale prezydent z uporem dorzuca kolejne weta, jakby miał w tym osobistą przyjemność. To już nawet nie ekonomia, to kuchnia polska: bigos narodowy. Dużo kapusty, trochę kiełbasy, sporo przypraw i absolutny brak strawności. A w efekcie – ból brzucha dla całego państwa.

Do tego dochodzą kwestie ambasadorów. Prezydent blokuje Schnepfa w Rzymie i Klicha w Waszyngtonie. Efekt? Świat patrzy i widzi, że Polska kłóci się sama ze sobą. A jak wiadomo, w dyplomacji nie ma nic gorszego niż pokazywanie, że w domu jest awantura. Tu nie pomoże żaden garnitur z Savile Row ani uśmiech w Helsinkach.

Sikorski przypomina wszystkim, że Rosja nie ćwiczy tańca ludowego, tylko ataki. I że kiedy Rosja grozi, trzeba to traktować śmiertelnie poważnie. Ale w tym czasie prezydent Nawrocki wyciąga reparacje od Niemców jak dziecko lizaka z kiosku: niby się należy, ale lizaka brak, a kiosk zamknięty od dekad. Rezultat? Kolejny polityczny strzał w stopę.

Bo reparacje to dla Nawrockiego złoty graal polityki – świeci, błyszczy, ale nie istnieje. Prezydent sprzedaje ludziom miraż, w który sam chyba wierzy. Niczym wójt obiecujący mieszkańcom wodociąg z rzeki, która dawno wyschła. Brzmi dumnie, a kończy się kompromitacją. Bo kiedy obiecuje, że „załatwi” sprawę niemożliwą do załatwienia, sam szykuje sobie spektakularną klęskę. Wójt mocarstwowy na scenie globalnej.

A teraz najlepsze: Eurobarometr. Podczas gdy prawicowi krzykacze coraz głośniej wrzeszczą o „dyktacie Brukseli”, poparcie dla Unii rośnie jak nigdy. W Polsce także. 58 proc. obywateli ufa UE. To cios dla eurosceptyków, którzy zostali na festynie sami – z kiełbasą, disco polo i ulotkami o Polexicie. W tle gra „Jesteś szalona”, a oni nie wiedzą, że to o nich.

Podsumujmy. Sikorski i Tusk – dwaj dorośli w pokoju, próbujący coś zbudować. Po drugiej stronie Nawrocki – marzyciel wójt, i Przydacz – obrażona pensjonarka w krawacie. W tle Fitch, jak księgowy, który już wie, że klient bankrutuje, ale jeszcze wklepuje cyferki w Excelu. I tak wygląda nasza środa: śmiesznie, głośno, czasem groźnie. Polska w kabarecie, tylko że bez śmiechu na widowni.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights