
Są rzeczy, które rosną pomimo mrozu, jak na przykład zaufanie do Sikorskiego. I są takie, które topnieją jak tania margaryna na parapecie w lipcu — na przykład poparcie dla Karola Nawrockiego, który jeszcze niedawno paradował po sondażowym niebie niczym Jezus na trampolinie.
Zacznijmy od zwycięzcy przejściowego, czyli właśnie Nawrockiego. Jeszcze niedawno świecił zaufaniem jak solarium w Radomiu, a teraz — cyk, minus dwa punkty. I nie, to nie dlatego, że Polacy go nie lubią. Po prostu zorientowali się, że on nie lubi ich. A jak kogoś nie lubisz, to nie dajesz mu 50% zaufania. Chyba że jesteś w sekcie, ale PiS już zapełniło ten rynek.
Na plecach Nawrockiemu oddychają trzej muszkieterowie: Sikorski, Tusk i — o, ironio — Czarzasty. Ten ostatni zyskał najwięcej od czasu, gdy został marszałkiem Sejmu i przestał opowiadać suchary w stylu „a wiecie, że ja to taki lewicowy konserwatysta?”. Widać, że Polacy wolą Czarzastego z laską (marszałkowską), niż Czarzastego z mikrofonem.
Tusk? Znowu przekroczył 40%. Oznacza to, że znacząca część Polaków wreszcie wybaczyła mu niemieckie serce i polskie nogi. A może po prostu uznała, że lepiej mieć premiera z jajami Fabergé, niż figuranta z kolanami z plasteliny.
Krzysztof Bosak? Proszę bardzo. Rośnie jak perz w ogrodzie babci, wyprzedzając Morawieckiego, Kosiniaka i kilku innych rozczarowań w garniturach. Czy to dlatego, że zmienił styl i teraz wygląda jakby handlował patriotyczną bielizną na targach obronnych? Możliwe. Ale przynajmniej nie jeździ na tyrolce.
A propos tyrolek.

Sławek Mentzen. Niegdyś tiktoker narodowego wzmożenia, dziś tyrolkowy filozof w Dubaju. W czasie, gdy jego partia dogorywa na stole operacyjnym z podpisem „utrata subwencji”, Sławek wrzuca filmik z kilometrowego zjazdu. Metafora tak dosłowna, że nawet kabarety tego nie dotkną, bo się spalą z zazdrości.
Mentzen zrzuca europosłanki jak stare majtki po siłowni, nie rozmawia z Bosakiem, nie ogarnia finansów i… zakłada nową partię. Nazwa? „Imperium kontratakuje”. George Lucas pewnie się kręci w fotelu, a Disney rozważa pozew o pogwałcenie intelektualnej godności.
Konfederacja zamienia się w klub rekonstrukcyjny historii klęsk: partia znika, wraca, zmienia nazwę, znowu znika, fuzja, czapa, nowa nadzieja (dosłownie). Cały ten ruch polityczny przypomina spektakl teatralny, w którym aktorzy zapomnieli tekstu, reżyser uciekł, a scena się pali.

W tym samym czasie Hołownia wewnątrz swojej partii odpala tryb Hamlet. „Wyjść, czy nie wyjść?” — pyta, jakby był bohaterem serialu politycznego „Polska 1670”. W tle: frakcje, sejmiki, krwawiące serca i nieodebrane maile od premiera. Polska 2050? Na razie to bardziej Polska 2050 kawałków.

I tylko jedna instytucja w tym kraju nie przechodzi kryzysu zaufania: Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Gdy cała klasa polityczna biega z pochodniami, a sondaże zmienia się szybciej niż włosy na głowie Czarzastego, Owsiak i jego drużyna zbierają 183 miliony. Bez tyrolek, bez spinaczy, bez partii-czap.
A teraz chwila powagi — tej na poważnie, ale z lekkim mrugnięciem okiem.

Ambasador USA, niejaki Thomas Rose, wyraził miłość do Polski. Tak, miłość. Nie tylko szacunek, nie tylko wdzięczność za Afganistan, ale rodzinne, niemal romantyczne wyznanie: „Polska jest rodziną”. Jakby nie patrzyć, to wyższy poziom zaangażowania niż niejedna para po ślubie cywilnym w urzędzie na Grochowie.
Trzeba przyznać: dobrze, że USA zauważyły polskich żołnierzy w Afganistanie. Szkoda tylko, że musiało to się stać po tym, jak Donald Trump — prezydent, który ma ego rozmiaru Jowisza i kontakt z rzeczywistością na poziomie wróżbity Macieja — stwierdził, że sojusznicy to tylko statyści. Panie Trump, jeśli ciężko ci było zauważyć polską obecność, to może pora na okulistę?
Ambasador mówi, że Polska zrobiła więcej, niż musiała. No ba, jak zwykle. Przecież my zawsze jedziemy na misję z kanapkami, ambicjami i nadzieją, że ktoś wreszcie nas doceni. Może teraz to docenienie przyszło, choć bardziej pachnie to próbą gaszenia pożaru po trumpowej pożywce dla putinowskich trolli.
Ale dzękujemy, ambasadorze. To dobrze słyszeć, że jesteśmy rodziną. Choć jak każda rodzina, mamy też kuzyna, który przychodzi na Wigilię, gada głupoty i nikt nie wie, jak mu delikatnie zasugerować, że może już pora iść. W tej rodzinie kuzynem jest Trump.
Może i żyjemy w kraju, gdzie polityczne zaufanie jest jak lód na Wiśle — kruche, cienkie i gotowe pęknąć pod byle Mentzenem — ale przynajmniej mamy ludzi, którzy nadal potrafią ufać sobie nawzajem, kiedy chodzi o coś ważnego. Na przykład o brzuszki naszych dzieci.
Reszta? Reszta niech się nie zdziwi, jak zamiast zaufania dostanie w sondażu metaforyczną czapę z napisem: „Zwariowałeś, wyborco?”

Dodaj komentarz