Zapiski z państwa Polskiego: instrukcja obsługi wyborczej farsy

Warszawa

Zapiski z państwa Polskiego: instrukcja obsługi wyborczej farsy

Wyobraźmy sobie kraj, w którym wybory prezydenckie przypominają raczej odcinek nieemitowanego reality show niż doniosły moment demokracji. Tylko zamiast rozrywki dostajemy gorzki paradokument o upadku instytucji. Polska, rok 2025. W roli głównej: Karol Nawrocki, nieco zaskoczony, że naprawdę wygrał. Choć może nie tyle wygrał, co został dostarczony na fotel prezydencki przez magiczny wehikuł zwany Izbą Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Nieuznawaną przez Trybunał Sprawiedliwości UE, ekspertów prawa i – zapewne – część jej członków.

Zamieszanie nie ustaje nawet po ogłoszeniu wyników. Główną osią sporu jest pytanie, które brzmi jak z podręcznika do logiki stosowanej: czy wybory były legalne, skoro uznała je izba, która może być nielegalna? Na to pytanie nie ma odpowiedzi, bo każda jest politycznie ryzykowna. A więc trwa dramat z gatunku „sąd nie taki, prawo niepewne, prezydent jakby był, a jakby go nie było”.

Tymczasem sędzia Leszek Bosek, jeden z niewielu, którzy zachowali twarz i zdrowy rozsądek, został uprzejmie odstawiony na boczny tor – żeby nie przeszkadzał w szybkim załatwieniu formalności. Bo zbyt dużo mówił, cytował TSUE i, o zgrozo, miał wątpliwości. Rzecznik SN zasugerował mu nawet, żeby może „honorowo zrezygnował”. Czyli: „Nie podoba ci się? To wyjdź. To nie twoja demokracja, tylko nasza”.

Prokurator generalny Adam Bodnar, głos rozsądku w tej farsie, z właściwą sobie powściągliwością nazwał orzeczenie Izby „powodem potężnych wątpliwości”. W jego ustach to jak okrzyk „pożar!” w operze. Podkreślał liczne nieprawidłowości, brak rzetelności i ignorowanie protestów wyborczych – nazywanych w kuluarach SN „giertychówkami”. Jakby to były śmieszne bajki, a nie realne zarzuty dotyczące procesu demokratycznego.

Koalicja pyta, czy możemy ufać wynikom, jeśli proces przypominał casting do filmu science-fiction, gdzie komisje wyborcze obsadzali przedstawiciele ugrupowań, o których nie słyszeli nawet ich liderzy. Ludzie z listy Maciaka, Wocha i Starosielca liczyli głosy z takim zaangażowaniem, jakby oceniali konkurs na najładniejszy kotlet schabowy.

Do tego dochodzi chaos organizacyjny. System informatyczny zdaje się losować wyniki, a błędów w protokołach więcej niż literówek w menu przydworcowej kebabowni. Może warto zatrudnić informatyków zamiast politologów? Albo przynajmniej kogoś, kto wie, że kolejność alfabetyczna nie równa się ważności.

A teraz hit: podpisy. 100 tysięcy podpisów wymaganych, ale nikt nie sprawdza, czy podpisali się ludzie, czy ich chomiki. Masz PESEL? Masz podpis. Być może nieświadomy, ale zawsze twój. Co dalej? Profil zaufany, przelew złotówki i selfie z kartką „popieram” – to mogłoby choć trochę ograniczyć partyzantkę.

Nie pomaga fakt, że PiS i Duda przez lata systematycznie wyginali reguły gry jak łyżkę w rękach telekinezy. Upolityczniona KRS, neosędziowie i legenda wyborów kopertowych z 2020 roku nie budują zaufania. Nic dziwnego, że każda strona traktuje przegraną jak zamach stanu.

A przecież można by, teoretycznie, zrobić to inaczej. Szkolenia komisji? Lepsze niż broszury z BHP. Informatyczny system z bezpiecznikami i komunikatami typu „czy aby nie walnęliście się o sto tysięcy?”. Tylko że nikt nie chce. Bo wtedy byłoby nudno. A Polska nie lubi nudy. Polska lubi dramat.

Więc znów mamy spektakl. Prezydent z wątpliwościami, sędziowie z gwiazdką, system z bugiem, a naród zrezygnowany. Ale wszystko gra. Demokracja się odbyła. Bilety były darmowe, popcorn – niestrawny. I tak trzymamy kurs. Prosto w przepaść, ale z hymnem na ustach.

Zostaje tylko jedno pytanie: czy następnym razem wprowadzimy jakieś zmiany, czy tylko zaktualizujemy nazwiska w skeczu?

Polityka jako kabaret, demokracja jako improwizacja. Polska jako perpetuum mobile chaosu. Kurtyna.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights