ZAPADŁA CISZA PRZED BURZĄ, CZYLI NIEDZIELA W CZASACH ISKANDERÓW I ZOOM-DYPLOMACJI

Warszawa

Jeśli ktoś wciąż sądzi, że wojna to taka przykra rzecz, która dzieje się „gdzieś tam”, daleko od nas, najlepiej w czerni i bieli – niech sobie przeczyta poranną prasę i zapyta, czy drony z Rosji też mają opcję „powrót do nadawcy”, czy może lecą w trybie „Zobaczymy, co się stanie”.

Bo dziś, w niedzielę 14 września 2025, Polska obudziła się z kacem strategicznym. Przestrzeń powietrzna znów została zbezcześczona przez rosyjskie drony. Dwa z nich dotarły aż pod Warszawę, czyli – jakby nie patrzeć – do strefy, gdzie obywatele zazwyczaj bardziej boją się nieczynnych fontann niż obcych maszyn szpiegowsko-bombowych.


ZAPAD 2025 – WIĘCEJ NIŻ MANEWRY, MNIEJ NIŻ ATAK (NA RAZIE)

Na dodatek – jakby tego było mało – Rosja przeprowadziła w ramach ćwiczeń Zapad 2025 test z użyciem rakiet Cyrkon, a w teorii trenowała też ataki Iskanderami. Na kogo? Nie trzeba mieć sztabu analityków OSINT-u, żeby się domyślić: Polska wystaje z mapy Zachodu jak niewygodny palec, a z Kaliningradu to już rzut kamieniem. A jak wiadomo – Rosjanie bardzo lubią rzucać.

To nie są już złośliwości z czasów zimnej wojny. To jest bardzo realna doktryna, w której Polska nie tyle może stać się celem, co jest już w Excelu z koordynatami. Zabrzmi to brutalnie, ale żyjemy w czasach, w których przelot niezidentyfikowanego obiektu w okolicach Garwolina nie jest już tematem dla UFO Hunters, tylko dla Sztabu Generalnego.


NAWROCKI NA STRAŻY – STRAŻY INTERNETOWEJ

W tej sytuacji prezydent Karol Nawrocki postanowił… zareagować. Wydano postanowienie o udziale Polski w operacji NATO Eastern Sentry, co brzmi dumnie, choć samo postanowienie jest niejawne. Czyli znowu jesteśmy w tej osobliwej sytuacji, w której wszyscy wiemy, co się dzieje, ale nikt nie może tego powiedzieć. Jak na imieninach u cioci, gdzie wszyscy widzą, że wujek się napił, ale nikt nie chce pierwszy powiedzieć „Zenek, siadaj”.

Nawrocki oczywiście ma dobre intencje, z tym że porusza się po scenie strategicznej jak niedzielny ministrant w magazynie amunicji. Zamiast rozmów z sojusznikami w stylu „jedziemy z nimi”, mamy telekonferencję z Donaldem Trumpem, który najpewniej łączył się z Alaski w szlafroku, trzymając kartkę z napisem: „Wojna Bidena, pokój Trumpa”.


TRUMP – WUJASZEK, CO OBIECUJE POKÓJ NA CZAS GRILLA

I tu przechodzimy do bohatera pobocznego, który mimo wszystko gra pierwsze skrzypce w farsie pod tytułem „Polityka zagraniczna Zachodu”.

Donald Trump, jak już wiemy, obiecywał zakończyć wojnę w 24 godziny. Nie sprecyzował tylko, czy to będzie po rozpoczęciu kadencji, przed jej końcem, czy może w czasie lunchu. Teraz w liście do NATO, opublikowanym – a jakże – na Truth Social (czyli w miejscu, gdzie informacje umierają szybciej niż wartości w czasie inflacji), Trump stwierdził, że to nie jego wojna, że nie jego cyrk i nie jego Zełenski. I że odpowiedzialność za zakończenie wojny leży teraz po stronie… no zgadnijcie… wszystkich poza nim.

Czyli klasyka: Trump wie, co powiedzieć, ale najpierw ktoś inny musi odciąć się od rosyjskiego gazu, wprowadzić sankcje na Chiny i… zrobić resztę roboty. To jakby zaproponować walkę z pożarem, ale tylko pod warunkiem, że sąsiedzi przyniósą wodę, strażacy wąż, a ogień sam zdecyduje, że już mu się nie chce palić.


TUSK: CZŁOWIEK, KTÓRY ZOSTAŁ NA SŁUŻBIE, GDY RESZTA POSZŁA NA GRZYBY

W tym całym chaosie, śmieszności i podniosłości, rząd Donalda Tuska robi to, co powinien: milcząco zaostrza ton, konsultuje się z NATO, wysyła sygnały bez krzyku. Oczywiście niektórym to się wydaje „brakiem reakcji”, bo przecież w czasach TikToka każda decyzja powinna być oznaczona hasztagiem i transmisją live. Ale Tusk wie, że jak siedzisz przy stole z Rosją, to lepiej mieć na kolanach granit, nie Instagram.


PODSUMOWANIE NA NIEDZIELĘ: STAN WYJĄTKOWEGO ZMIESZANIA

Niedziela, 14 września, zapamięta się nie jako dzień ataku, ale jako dzień symulacji prawdy. Rosja ćwiczy uderzenie, Polska ćwiczy odporność, NATO ćwiczy cierpliwość, a Trump – jak zawsze – ćwiczy przekonanie, że świat kręci się wokół jego ego i gazu z Teksasu.

Może i nie mamy dziś frontu pod Chełmem, ale mamy dźwięk syren, tajne rozkazy i bardzo realne pytania: czy jesteśmy gotowi na to, że Putin przestał tylko gadać, a zaczuł pokazywać palcem? I czy rzeczywiście prezydent Polski powinien być tylko zoomowym uczestnikiem historii, czy może jednak jej współautorem?

Bo historia – jak wiemy – nie wybacza tym, którzy myślą, że drony przyleciały przez pomyłkę.


PS. ZACZĘLIŚMY NIEDZIELĘ OD DRONÓW, KOŃCZYMY NA LISTACH OD TRUMPA. NIECH KTOŚ ZADZWONI DO PONIEDZIAŁKU, MOŻE PRZYŚLE WSPARCIE.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights