ZANIM PODAMY KARPIA I PODZIELIMY SIĘ CISZĄ

Warszawa

Wigilia ma w sobie coś z pauzy w oddechu świata. Tę krótką chwilę, kiedy nawet najbardziej rozhisteryzowany kalendarz mówi: stop. Usiądź. Popatrz. Zanim znów ruszysz jak chomik w politycznym kołowrotku. I właśnie dlatego ten wieczór jest tak niewygodny – bo zmusza do myślenia, a my od myślenia uciekamy szybciej niż od rachunków za prąd.

Kiedyś święta były opowieścią. Dziś są logistyką. Kiedyś pachniały sianem i niepewnością, dziś – plastikiem i promocją „tylko do jutra”. Mit o narodzinach dziecka w stajni, uchodźcy bez meldunku, stał się tłem do reklamy kredytu i karpia w panierce. I nie ma w tym nic złego, dopóki pamiętamy, że to tylko dekoracja, a nie sens. Problem w tym, że dekoracja zaczęła udawać sens, a sens – jeśli jeszcze żyje – siedzi cicho w kącie, żeby nie przeszkadzać w selfie.

A świat? Świat nie zrobił nam uprzejmości i nie zamarł na święta. Wojny nie wzięły urlopu, rakiety nie znają kalendarza liturgicznego, a strach nie ma trybu świątecznego. W Ukrainie Wigilia to często kolacja przy świecy, bo prąd bywa luksusem. W Strefie Gazy święta to słowo z innej planety. Uchodźcy – ci prawdziwi, nie z pasków telewizji śniadaniowej – nadal rodzą dzieci w drodze, w namiotach, w poczekalniach świata, który nauczył się odwracać wzrok z elegancją dyplomatycznego uśmiechu.

W Polsce też mamy swój front. Nie strzelają, ale ranią słowa. Tuż obok choinki czai się lęk: przed przyszłością, przed Unią, przed innymi, przed tym, że ktoś nam coś zabierze, choć sami nie bardzo wiemy co. Jedni marzą o Polexicie jak o cudownym remedium, inni o „porządku” zaprowadzanym krzykiem i pochodnią. W tle trwa nieustanna aukcja strachu – kto sprzeda go drożej, ten wygra sondaż. A rozsądek? Rozsądek siedzi jak ten wujek, którego nikt nie chce słuchać, bo psuje atmosferę faktami.

A jednak – i tu niespodzianka, proszę usiąść – Wigilia wciąż działa. Działa nie dlatego, że jest idealna, tylko dlatego, że jest krucha. Że potrafi na chwilę zawiesić wojny domowe przy stole. Że przypomina o przyjaźniach, które przetrwały więcej niż jeden rząd i więcej niż jedną zdradę. O rodzinach, które są trudne, popękane, czasem męczące, ale wciąż są jedynym miejscem, gdzie ktoś pamięta, kim byliśmy, zanim zaczęliśmy udawać dorosłych.

Opłatek – ten cienki, prawie nic – to jeden z najdziwniejszych symboli, jakie wymyśliła kultura. Nie karmi, nie rozwiązuje sporów, nie unieważnia rachunków sumienia. Jest jak obietnica bez gwarancji. I może właśnie dlatego jest tak prawdziwy. Bo przypomina, że bliskość nie musi być głośna, a pojednanie nie zawsze spektakularne. Czasem wystarczy powiedzieć: „dobrze, że jesteś”, nawet jeśli wczoraj mieliśmy ochotę wyjść i trzasnąć drzwiami.

Nie łudźmy się: po świętach świat wróci. Politycy znów podniosą głos, internet znów zamieni się w ring, a my znów będziemy się spieszyć donikąd. Ale jeśli w ten jeden wieczór uda się zachować coś prawdziwego – rozmowę bez cynizmu, ciszę bez lęku, śmiech bez złośliwości – to znaczy, że jeszcze nie wszystko stracone.

I tego właśnie warto sobie życzyć. Nie cudów. Nie spokoju na zawsze. Tylko chwil, które przypominają, po co w ogóle próbujemy być razem w świecie, który tak chętnie nas rozdziela.

Zanim podamy karpia. Zanim rozpakujemy prezenty. Zanim znów zaczniemy udawać, że wszystko mamy pod kontrolą.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights