
Proszę państwa, usiądźmy, zanim i to nam zabiorą. Jeszcze mamy czas – całe dwa lata – zanim populistyczny gang Olsena przejmie państwo metodą na „ojczyznę w potrzebie” i walnie nas po łbie Konstytucją, żeby udowodnić, że to jednak kij, nie dokument.
Tymczasem premier Donald „Reaktywacja” Tusk robi, co może, byśmy jeszcze przez chwilę mogli udawać, że żyjemy w państwie, które ma coś więcej niż tylko wstyd narodowy i skromny deficyt demokracji. I chwała mu za to. Prawdziwy premier z odzysku. Jak klasyczny mercedes – nie nowy, ale wiadomo, że pojedzie, a i wnętrze pachnie lepiej niż zaplecze Konfederacji po kongresie.
Na drugim biegunie, czyli w alternatywnej rzeczywistości, mamy Karola Nawrockiego, mężczyznę z wyrazem twarzy jakby codziennie połykał notatki MSZ popijając izotonikiem z logo IPN. Jego polityczne ambicje przypominają wojnę błyskawiczną – głośną, niezborną i kończącą się tam, gdzie zaczyna się zdrowy rozsądek. Chciałby być naszym Trumpem, a wychodzi mu coś pomiędzy Orbanem a bardzo złym memem.
Nawrocki nie tylko nie zna umiaru, on go najpierw zadeptał, potem zbrukał symboliką narodową, a następnie wywiózł do USA, gdzie triumfalnie wlazł na czerwony dywan rozłożony – o ironio – przez człowieka, który nie rozróżnia NATO od Netflixa.
ŚWIAT TO KURNIK, A POLITYKA TO LISIARNIA
W polityce zagranicznej Polska uprawia obecnie coś, co można by nazwać „dyplomacją zapasową”. Jeden ośrodek władzy ciągnie do Brukseli, drugi do Waszyngtonu, a trzeci – nieistniejący, ale to i tak nie przeszkadza Adamowi Bielanowi pojawiać się z zaskoczenia w Gabinecie Owalnym, jak nieproszony gość na weselu. I z podobnym poziomem znaczenia.
Minister Sikorski, człowiek, który kiedyś mówił z manierą Churchilla, a dziś tweetuje z prędkością Pawła Kukiza po napoju energetycznym, zamiast obnażyć absurdy pałacowych podchodów, dał się wciągnąć w grę na poziomie gimnazjum z klasą dwujęzyczną. „On powiedział Trumpowi, że ja jestem be, a ja wiem, że on wie, że ja wiem”. I to ma być nasz głos rozsądku?
A CO TAM NA ŚWIECIE?
Na świecie – jak to na świecie – dzieje się tragifarsa w kilku aktach. W roli głównej: Donald Trump – człowiek, który potrafi doprowadzić Putina do orgazmu samym skinieniem peruki. Prezydent USA, który nie tylko nie wstydzi się oklaskiwać zbrodniarza wojennego, ale wręcz wygląda, jakby próbował go adoptować.
W międzyczasie – przypominam – Ukraina płonie, a liczba dronów nad Kijowem przekracza liczbę działających umysłów wśród europejskich populistów. Ludzie giną, a świat – jak zawsze – nie reaguje. Z wyjątkiem momentu, gdy trzeba zrobić sobie zdjęcie przy ruinach i dodać do niego hasztag #PeaceInOurTime.
Izrael demoluje Gazę, co – dzięki USA – jest teraz najnowszą formą urbanistyki: zburzyć wszystko, potem ogłosić plażę. A my mamy jeszcze czelność mówić o „wartościach Zachodu”. Te wartości to dziś głównie cena baryłki ropy i kurs dolara.
NAWROCKI – CZYLI WELLBEING PO POLSKU
Karol Nawrocki, ulubieniec prawicowej alternatywnej rzeczywistości, ma marzenie: uczynić z prezydentury królewski tron. Wprawdzie nie ma kompetencji, ale ma ambicje – a w polityce polskiej to więcej niż wystarczające.
W jego głowie (prawdopodobnie zrobionej z modeliny patriotycznej) dobrze przyjęta wizyta w USA to znak, że może prowadzić własną politykę zagraniczną. I niech was nie zmyli, że nic z niej nie wynika – tu chodzi o wizerunek. Propaganda nie wymaga faktów, tylko emocji. A emocje są najtańszą walutą.
Wizerunkowo – 1:0 dla Nawrockiego. Merytorycznie? Kogo to obchodzi.
DLACZEGO TO TUSK MA RACJĘ (ALE NIE JESTEŚMY GODNI TEJ RACJI)
Donald Tusk mówi rzeczy rozsądne, spokojne, wręcz nudne. Czyli dokładnie to, czego obecna polityka nienawidzi. Jego pomysł „Tysiąc dla belfra” brzmi jak oksymoron w kraju, gdzie nauczycieli traktuje się jak niemiłych przedszkolnych opiekunów, którzy nie dość, że chcą pieniędzy, to jeszcze uczą dzieci myśleć.
No ale właśnie – to jest ta różnica. Tusk chce państwa, które działa. Nawrocki – które błyszczy. Tusk to architekt. Nawrocki – fajerwerk. I nie chodzi o efektowność – tylko o to, że fajerwerk kończy się szybko, a zostaje po nim smród i śmieci.
I NA KONIEC – MINISTERSTWO SZCZĘŚCIA
Pojawił się gdzieś po drodze pomysł: państwo jako pracownia dobrostanu. Cudownie. Rzuciłem w eter hasło: Ministerstwo Dobrostanu – i wyobraźcie sobie, że to nie brzmi jak żart. W czasach, gdy ludziom się łamie kręgosłupy społeczne i emocjonalne, pomysł, by państwo zadbało o zdrowie psychiczne, nie jest już utopią, tylko ostatnią deską ratunku.
Bo szczęśliwy obywatel to obywatel odporny na populizm. A to dla prawicy gorzej niż edukacja seksualna i weganka w urzędzie razem wzięte.
Więc dopóki jeszcze mamy szkoły, w których dzieci nie uczą się patriotyzmu z TikToka, i szpitale, które nie leczą tylko modlitwą – róbmy swoje. Nie oddajmy państwa walkowerem.
Albo obudzimy się w rzeczywistości, w której szczęście będzie luksusem, polityka – farsą, a Nawrocki – królem z bajki, w której wszyscy zapomnieli, że król był nagi.
I głupi.

Dodaj komentarz