



Wtorkowy poranek w Kanadzie zacznie się tak samo: kawa, rogal, i to nieuchronne pytanie, które spada na nas jak lutowy śnieg z dachu – co znowu odwalili idioci po obu stronach Atlantyku? A jest o czym mówić, bo świat złożył nam na tacy tyle absurdów, że aż trudno wybrać, od czego zacząć. Więc zacznijmy jak na cywilizowanego Europejczyka przystało – od pochwały zdrowego rozsądku Donalda Tuska.
Bo Tusk, nasz Donald, wędrując dostojnie między czołgami w Hucie Stalowa Wola, wyjął z kieszeni słowa ostre jak nowy Borsuk prosto z linii produkcyjnej i skierował je w stronę PiS-owskiego zgromadzenia smutnych rycerzy bez koni: „Dotarło, zakute łby?” Ach, jaka ulga. Jak balsam na duszę Polaka przebywającego za oceanem, zmuszonego tłumaczyć Kanadyjczykom, że nie wszyscy w Polsce mają polityczne IQ w wysokości temperatury w lodówce.
Oczywiście, oburzył się cały PiS-owski kabaret – Morawiecki, wiecznie zdziwiony tym, że świat pamięta jego własne decyzje; Kuźmiuk, który z gracją baletnicy w kaloszach nazwał premiera chamem i prostakiem; Błaszczak, który nawet z definicją niemieckiego hełmu ma problem; Horała, dla którego przenośnia to niebezpieczne narzędzie. I wreszcie Kaleta, od zawsze zirytowany faktem, że świat nie jest jedną wielką rekonstrukcją historyczną.
Ale najważniejsze jest jedno: Tusk trafił dokładnie tam, gdzie trzeba. Między oczy. Bo kiedy opozycja protestuje przeciwko prawie 200 miliardom złotych dla polskiej zbrojeniówki – i to w czasach, gdy Putin ostrzy zęby na mapie Europy – to albo są głupi, albo udają.
KANADYJSKIE REFLEKSJE PRZY ODWIECZNYM DRAMACIE – PRZEGRANY MECZ Z USA
Tymczasem tutaj, w Kanadzie, kraj tonie w żałobie. Nie narodowej, choć w emocjach niewiele od tego brakowało – Kanada przegrała z USA w hokeja. A to, proszę Państwa, jest tak, jakby w Polsce ogłoszono, że bigos został uznany za danie niemieckie. Katastrofa kulturowa, sejsmiczne pęknięcie w narodowej dumie. Na ulicach Toronto cisza, jakby ktoś wyłączył cały kraj jednym przełącznikiem.
Kanadyjczycy chodzą przybici, mrucząc pod nosem przekleństwa tak łagodne, że Polak nawet by ich nie zauważył. „Gosh darn…” – czyli odpowiednik naszego: „o rany”. A jednak cierpią. I to w tym smutku człowiek widzi, jak bardzo różne narody inaczej przeżywają tragedie. U nas polityk powie „zakute łby” i natychmiast wybucha awantura jak po zderzeniu dwóch TIR-ów na S8. A tu? Przegrywają w hokeja i jedyne, co robią, to kupują więcej syropu klonowego.
RZĄD KANADYJSKI TEŻ MA SWOJE PEREŁKI…
Oczywiście, nie byłoby sprawiedliwe, gdybyśmy nie wspomnieli, że Kanada również ma swoich politycznych akrobatów. Premier Carney wszedł do polityki z elegancją bankiera i chłodem analityka, ale potrafi też błysnąć humorem – takim, jaki Trudeau zostawił po sobie niczym brokat po karnawale, którego nikt nie potrafi sprzątnąć do końca. Carney jest dziś jednocześnie wizjonerem i księgowym narodowych emocji: jedni widzą w nim przyszłego zbawcę liberalnej Kanady, inni – technokratę o ambicjach większych niż preria Saskatchewan, gdzie horyzont jest tak szeroki, że człowiek zaczyna mieć złudzenie, że widzi swoją przyszłość.
Premier snuje wizję Kanady silniejszej, bardziej konkurencyjnej i odpornej na populistów z Prairies, przekonanych, że świat kończy się dziesięć kilometrów za ich farmą. I słusznie, bo populizm w tej części świata przypomina gaśnicę Brauna – robi hałas, narusza nietykalność publicznego spokoju i jeszcze próbuje zbudować na tym mit o własnym cierpieniu.
A Kanada, choć stabilna, też ma swoich wesołych jeźdźców apokalipsy, którzy potrafią krzyczeć o tyranii, stojąc na trawniku przed parlamentem z kawą z Tim Hortons. I kiedy widzę te wszystkie równoległe światy – Tuska wśród czołgów, Morawieckiego wśród własnych wspomnień, Brauna biegającego z gaśnicą, Carney’a planującego przyszłość – myślę sobie, że świat stał się jednym wielkim kabaretem, tylko bilety drożeją.
DZIAŁANIA RZĄDU KANADY: ZDROWY ROZSĄDEK, ALE W KAPCIACH
Kanada inwestuje, reorganizuje, wzmacnia obronność – bo nawet tak łagodny naród zrozumiał, że Putin nie żartuje. Nawet Carney – człowiek racjonalny jak wykresy Banku Kanady – zapowiada zwiększenie wydatków na wojsko.
A wciąż znajduje się tu cała galeria polityków, którzy marzą o tym, żeby Kanada była bardziej jak… no właśnie, nawet oni nie wiedzą jak. Gdyby mieli to narysować, wyszedłby im renifer na hulajnodze.
I kiedy pytają mnie Kanadyjczycy: „Czy Polska naprawdę ma takich polityków jak Braun?”, odpowiadam: „Tak, ale pracujemy nad usunięciem ich z obiegu publicznego”. Bo jak inaczej wyjaśnić faceta, który gasi chanukowe świece gaśnicą, rzuca choinki do kosza i tłumaczy, że bronił majestatu Rzeczypospolitej? To nie jest polityk – to jest folklor. Folklor toksyczny jak tania farba olejna.
CZARZASTY – DYGNITARZ Z MAPĄ DO EUROPEJSKIEGO SERCA
No i mamy naszego ulubionego Włodzimierza Czarzastego, człowieka o rytuale politycznym tak miękkim, że można nim wykładać dno koszyka na zakupy jajek. Teraz – proszę bardzo – jedyny zachodni przywódca przemawiający przed Radą Najwyższą w Kijowie. Lewica ogłosiła to jako „dyplomatyczny sukces”. Sukces? Może i tak, choć wygląda to trochę jak sytuacja, w której orkiestra dęta z powiatu jest jedynym zespołem dostępnym na wesele w remizie.
Ale trzeba oddać sprawiedliwość – Czarzasty mówi po europejsku, antyrosyjsko, proukraińsko, zgodnie z linią rządu i bez większych szkód dla gospodarki. To już coś.
NAWROCKI – CZŁOWIEK, KTÓRY ZAMRAŻA
W tym samym czasie Karol Nawrocki, prezydent z pęknięciem konstytucyjnym, pracuje nad prawniczym polexitem. Profesor Łętowska mówi jasno: to jest kaganiec, to jest zastraszanie, to jest wbrew prawu europejskiemu. I kiedy ona mówi, świat powinien słuchać.
Ale Nawrocki nie słucha. On jest zajęty wstawaniem z kolan, które najwyraźniej uwierały go w okolicach głowy.
TUSK, CARNEY I TRUMP – TRÓJKĄT NAPIĘĆ, CZYLI JAK DWÓCH DOROSŁYCH RADZI SOBIE Z JEDNYM HAŁAŚLIWYM DZIECKIEM
I tu dochodzimy do wątku, który łączy Ottawę, Warszawę i ten wielki amerykański teatr jednego aktora. Bo Donald Tusk i Mark Carney mają wobec Donalda Trumpa podejście podobne, jak doświadczeni pedagodzy wobec wyjątkowo niesfornego ucznia: cierpliwe, realistyczne i podszyte świadomością, że jeden okrzyk potrafi rozwalić całą klasę.
Trump, jak to Trump, znów postanowił postraszyć świat – i to w swoim stylu, czyli poprzez nagłe przypływy kreatywności, które inni nazywają chaosem. Groził Kanadzie 100‑procentowymi cłami, jeśli ta odważy się zawrzeć jakąkolwiek samodzielną umowę handlową z Chinami. Uznał nawet, że Carney działa jak „gubernator”, a nie premier Kanady. Carney odpowiedział z chłodem godnym bankiera centralnego: Kanada nie podpisze umowy, która uderza w jej interesy lub godzi w porozumienia Kanada–USA–Meksyk. I słusznie – ktoś tu musi być dorosły.
A gdy Trump ogłosił swoją Radę Pokoju, do której chciał zaprosić przywódców świata, po czym… wycofał zaproszenie dla Carneya, wyglądało to jak kolejny odcinek reality show, w którym prowadzący sam nie pamięta zasad.
Donald Tusk nie reaguje inaczej. Stwierdził, że Polska nie wejdzie do żadnej „Rady Pokoju” bez jasnego mandatu, bezpieczeństwa i korzyści dla państwa. Bo polityka obronna to nie konkurs na popularność, tylko realna odpowiedzialność.
Tym bardziej groteskowo wygląda to, co wyczynia polska prawica. Wielbią Trumpa jak objawionego proroka, powtarzając każde jego zdanie z nabożną czcią, jakby nie widzieli, że prezydent USA traktuje swoich sojuszników jak pionki. W imię tej dziwacznej lojalności próbują rozwalić program SAFE, który ma wzmocnić europejską obronność, zapewnić Polsce dziesiątki miliardów złotych i budować bezpieczeństwo całego kontynentu. I robią to wbrew interesowi Polski, wbrew logice, wbrew rzeczywistości – tylko dlatego, że ich polityczny idol fuka na Unię.
Kanada do SAFE przystąpiła, bo rozumie, że bezpieczeństwo Zachodu wymaga współpracy. Tusk rozumie to samo. Carney także. Tylko polska prawica – zapatrzona w Trumpa jak w telewizyjnego kaznodzieję – robi wszystko, by osłabić własny kraj.
A świat patrzy na to i kręci głową.
PODSUMOWANIE: ŚWIAT SIĘ KRĘCI, A MY Z NIM – NA SZCZĘŚCIE Z TUSKIEM, NIE Z BRAUNEM
I tak siedzę tu, w Kanadzie, z tą kawą, rogalem i refleksją: jak dobrze, że mam premiera, z którego mogę być dumny. Jak dobrze, że mogę kibicować komuś, kto mówi jasno, celnie, odważnie. Jak dobrze, że Polska jest częścią Zachodu, a nie skansenem dla skrajnych populistów.
A jednocześnie – jak cudownie jest wiedzieć, że świat jest pełen politycznych dziwaków, dzięki którym felietony nigdy się nie skończą. Bo dopóki istnieją Braun, Morawiecki, Nawrocki i cała reszta galerii groteski, dopóty my – ludzie zdrowego rozsądku – będziemy mieli o czym pisać.
I za to też można być wdzięcznym.
Wtorkowy ranek może się zaczynać.

Dodaj komentarz