ZAKAZAĆ BITCOINA, ZAKAZAĆ INTERNETU, ZAKAZAĆ ŚRODY

Warszawa

Czyli Kaczyński odkrywa kryptowaluty i od razu chce je aresztować

Polska polityka od dawna przypomina serial, który powinien skończyć się po trzecim sezonie, ale producenci uparcie dokręcają kolejne odcinki, bo widownia nadal siedzi z otwartymi ustami i pyta: „nie no, serio to powiedzieli?”. I właśnie wtedy, gdy wydawało się, że już nic bardziej absurdalnego wydarzyć się nie może, Prawo i Sprawiedliwość postanowiło wypowiedzieć wojnę kryptowalutom. Tak po prostu. Jak średniowieczny król wypowiadający wojnę kometom.

Najpiękniejsze w tej historii jest jednak to, że jeszcze chwilę wcześniej PiS uważał, iż przepisy Tuska dotyczące kryptowalut są zbyt restrykcyjne. Ale polityka Kaczyńskiego działa według logiki kota, który najpierw boi się odkurzacza, potem się do niego przyzwyczaja, a następnie postanawia go zdelegalizować.

Projekt podobno spadł na posłów jak meteoryt z Nowogrodzkiej. Podpisy zbierano „in blanco”, czyli według starej, szlachetnej tradycji partyjnej przypominającej bardziej podpisywanie cyrografu niż proces legislacyjny. Poseł PiS dowiaduje się czasem, co poparł, dopiero gdy zobaczy siebie w telewizji.

I nagle wybuchła panika.

Morawiecki mówi, że nie był konsultowany. Frakcja Ziobrowa mówi, że też nie była konsultowana. Nawrocki prawdopodobnie zaczął nerwowo przeglądać własne nagrania z Mentzenem jak student szukający kompromitujących zdjęć po imprezie integracyjnej.

W całym PiS zapanowała atmosfera przypominająca rodzinne wesele, na którym dziadek nagle oznajmia, że od jutra zakazuje elektryczności, bo radio źle wpływa na krowy.

Jarosław Kaczyński od lat funkcjonuje w polskiej polityce trochę jak cesarz z późnego okresu imperium. Już nie tyle zarządza państwem, ile wydaje filozoficzne dekrety przeciwko zjawiskom, które go niepokoją. Najpierw były „ideologie”. Potem uchodźcy. Potem rowerzyści, sędziowie, Niemcy, Netflix, wiatraki i najwyraźniej sam postęp technologiczny. Teraz przyszła kolej na kryptowaluty.

Można wręcz wyobrazić sobie tę scenę.

Późny wieczór. Gabinet prezesa. Cisza. Herbata stygnie. Telewizor mruga światłem TV Republika. Ktoś wspomina słowo „bitcoin”. Prezes marszczy brwi.

— A co to właściwie jest?

Następuje pięć minut niezręcznej ciszy, bo nikt nie chce tłumaczyć siedemdziesięciokilkuletniemu przywódcy partii mechanizmu blockchaina. To trochę tak, jakby próbować wyjaśnić średniowiecznemu rycerzowi działanie AirFryera.

W końcu ktoś mówi:

— To takie pieniądze z internetu.

I wtedy zapada decyzja.

— Zakazać.

Cały dramat PiS polega dziś na tym, że partia próbowała przez lata udawać nowoczesną prawicę gospodarczą, ale co jakiś czas z szafy wychodzi duch późnego PRL-u i pyta, czy nie należałoby jednak czegoś zadekretować.

Bo przecież zakaz kryptowalut jest pomysłem tak absurdalnie archaicznym, że brzmi jak projekt ustawy przygotowany przez ludzi, którzy nadal drukują maile, żeby „łatwiej przeczytać”. To trochę tak, jakby zakazać chmur, bo pada z nich deszcz.

Najbardziej cierpią teraz partyjne frakcje. Morawiecki próbuje tłumaczyć tokenizację i nowoczesną gospodarkę człowiekowi, który politycznie wychował się jeszcze w czasach, gdy szczytem technologii był faks.

Wyobrażam sobie te rozmowy.

— Panie prezesie, blockchain to przyszłość.

— A czy ten blokczejn ma polski kapitał?

— To zdecentralizowana technologia.

— Czyli nikt tego nie kontroluje?! To tym bardziej zakazać.

Morawiecki wygląda dziś trochę jak konsultant z McKinsey’a, którego wysłano na posiedzenie koła emerytów oburzonych bankomatami.

Jeszcze zabawniejsza jest sytuacja Konfederacji. Mentzen od lat sprzedaje swoim wyborcom wizję Polski-libertariańskiego raju, w którym państwo najlepiej byłoby zamknąć w piwnicy i karmić raz dziennie. Tymczasem PiS właśnie podał mu prezent większy niż roczny budżet kampanii TikTokowej.

Bo jak inaczej nazwać sytuację, w której partia próbująca odzyskać młody elektorat postanawia wypowiedzieć wojnę dokładnie temu, co młody elektorat uważa za symbol finansowej nowoczesności?

To mniej więcej tak, jakby próbować zdobyć fanów Formuły 1 poprzez zakaz  produkcji samochodów.

Najbardziej komiczne jest jednak tłumaczenie polityków PiS, że „prezes może wiedzieć coś, czego my nie wiemy”. To zdanie w polskiej polityce funkcjonuje już właściwie jak religijna formuła. Jarosław Kaczyński został w partii kimś pomiędzy wodzem, wyrocznią a starszym administratorem sieci osiedlowej.

Gdyby jutro ogłosił, że inflację powodują hulajnogi elektryczne, połowa partii zaczęłaby natychmiast pisać ustawę o obowiązkowej rejestracji deskorolek.

W PiS od dawna działa mechanizm przypominający życie na dworze Ludwika XIV. Nikt nie chce powiedzieć królowi, że właśnie włożył perukę tyłem do przodu. Wszyscy wiedzą, że pomysł jest fatalny, ale każdy boi się utraty miejsca na liście wyborczej bardziej niż kompromitacji.

I oto dochodzimy do sedna całej historii. PiS już nie wygląda jak partia polityczna. Coraz bardziej przypomina rodzinny biznes prowadzony przez seniora rodu, którego wszyscy się boją, choć połowa krewnych po cichu googluje już domy spokojnej starości dla firmy.

Tam już właściwie nie ma dyskusji o ideach. Jest tylko zgadywanie nastroju prezesa. Politycy PiS funkcjonują dziś trochę jak meteorolodzy w Korei Północnej — próbują przewidzieć, z której strony nadciągnie polityczna burza i czy przypadkiem nie trzeba będzie jutro udowadniać, że internet jest niemoralny.

A przecież kryptowaluty są tu tylko symbolem większego problemu. PiS panicznie boi się świata, którego nie kontroluje. Kiedyś wystarczało przejąć telewizję publiczną, kilku prezesów spółek i paru prokuratorów. Dziś świat działa inaczej. Informacja krąży poza państwem. Pieniądz krąży poza państwem. Młodzi ludzie żyją poza tradycyjnymi mediami i poza starym systemem politycznych plemion.

I właśnie to najbardziej przeraża polityków starego typu. Kryptowaluty są dla Kaczyńskiego czymś więcej niż technologią. Są metaforą utraty kontroli. A polityk, który całe życie budował władzę na kontroli, reaguje na utratę kontroli dokładnie tak, jak starszy pan reaguje na aktualizację telefonu: gniewem, podejrzliwością i telefonem do kogoś młodszego.

Najbardziej rozczulające jest jednak to, że PiS próbował kiedyś udawać partię nowoczesnego konserwatyzmu. Pamiętacie jeszcze te opowieści o „polskich czempionach technologicznych”? O innowacjach? O rozwoju? O gospodarce przyszłości? Dziś ta sama partia brzmi momentami jak rada osiedla walcząca z paczkomatem, bo „dziwnie świeci nocą”.

Wyobrażam sobie zresztą przyszłość tej logiki. Najpierw zakaz kryptowalut. Potem zakaz AI. Potem zakaz płatności telefonem. Potem obowiązkowe książeczki oszczędnościowe PKO i talony na oranżadę.

W finale prezes ogłasza triumfalnie:

— Udało się zatrzymać nowoczesność.

A w tle młodzi ludzie właśnie kupują bilet do Berlina.

Cała ta historia jest jednak zabawna tylko do pewnego momentu. Bo pokazuje coś dużo poważniejszego: PiS coraz wyraźniej staje się partią własnego pokolenia. Partią lęku przed zmianą. Partią politycznej nostalgii. Partią ludzi, którzy patrzą na XXI wiek jak na nieproszony hałas za oknem.

I może właśnie dlatego ta historia z kryptowalutami wydaje się tak symboliczna. Bo oto partia, która przez lata obiecywała Polakom wielkość, nowoczesność i siłę, dziś toczy heroiczny bój z internetowymi monetami.

To trochę tak, jakby cesarstwo rzymskie w ostatnich dniach istnienia postanowiło wypowiedzieć wojnę gołębiom. Niby groźne. A jednak głównie śmieszne.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights