



To był dzień, w którym polska polityka przypominała rodzinny stół wigilijny: niby wszyscy się spotykają w dobrej wierze, ale zaraz ktoś rzuca śledziem, ktoś inny odpala pasywno-agresywną kolędę o „braku szacunku” i na końcu wszyscy wracają do domów obrażeni, głodni i z nowymi tematami do terapii.
Na początek karp w galarecie, czyli Karol Nawrocki i jego wywiad dla WP, sprzed kilku dni. Prezydent RP, który najwyraźniej próbuje wprowadzić do polityki nową kategorię ustrojową: „władza obrażona”, zasugerował, że Donald Tusk się ośmiesza, że relacje z rządem są napięte, i że – uwaga – Zełenski miał być bardziej wdzięczny. Bo prezydent Polski, ten z tezą doktorską z historycznego bólu, uznał, że nie tylko chlebem i solą Polska wspiera Ukrainę, ale jeszcze należałoby za to dostawać złote listy pochwalne co kwartał. No i dał temu wyraz podejmując w piątek prezydenta Ukrainy
„Oczekiwanie wdzięczności” brzmi w polityce zagranicznej jak „daj buziaka” na końcu faktury. Panie prezydencie, jeśli trzeba upominać się o podziękowania w mediach, to znaczy, że wsparcie nie było wsparciem, tylko PR-ową inwestycją. I niestety z mizerną stopą zwrotu.
Zresztą Zełenski nie przyszedł z pustymi rękami. Przywiózł ofertę współpracy w obronie przed dronami, zapewnił o gotowości do rozmów w sprawach historycznych i znów – z uśmiechem godnym człowieka, który już niejedną europejską duszę uratował przed moralnym dylematem – dziękował. Ale jak widać, za mało dziękował. Bo w pałacowych standardach trzeba nie tylko dziękować, ale też się wzruszyć, najlepiej zacytować Mickiewicza i obiecać, że nazwie się plac w Kijowie imieniem polskiego podatnika.
Tymczasem po drugiej stronie tej dwustronnej farsy Donald Tusk robi swoje: przeforsował w Brukseli decyzję o przekazaniu Ukrainie 90 miliardów euro. Nie groszy. Nie obligacji. Gotówki – na lata 2026–2029. Kiedy Nawrocki rozmawia z Zełenskim o pamięci i odczuciach, Tusk załatwia rzeczy. I to takie, które mają realny wpływ na geopolitykę. Mimo że nie był bohaterem w wywiadach, Tusk zrobił więcej dla Ukrainy w jeden wieczór w Brukseli niż prezydent RP w pół roku grymaszenia przed kamerami.
Tusk był konkretny, spokojny, może nawet przesadnie delikatny, bo po spotkaniu powiedział: „Musimy mieć do siebie dużo cierpliwości”. Tak mówi człowiek, który usiłuje naprawić relację, podczas gdy ktoś inny – nazwijmy go Karolem – grzebie ją widelcem na oczach wszystkich.
Ale skoro już mówimy o trupach politycznych – Marcin Romanowski. Ten sam, który niczym Janosik z krzyżem na piersi i pitbullem na ramieniu rozdawał pieniądze z Funduszu Sprawiedliwości „swoim”, właśnie przestał być ścigany poza Polską. Sąd uchylił Europejski Nakaz Aresztowania. Bo przecież czemu nie. Zrobiono to w trybie niejawnym, przez sędziego znanego z oryginalnych pomysłów na temat ekstradycji. A uzasadnienie decyzji – i tu się trzymajcie – zawiera fragmenty o „kryptodyktaturze” i „politycznych naciskach na sądy”.
Innymi słowy: państwo prawa dostało czerwoną kartkę od własnego sędziego. I to nie za faul, ale za pozorowanie gry. Romanowski może teraz podróżować po UE, a jego adwokat triumfalnie ogłasza, że Interpol nie wystawił czerwonej noty, bo Polska jest prawdopodobnie jedynym krajem, który potrafi sam się obalić przez zbyt agresywną prokuraturę i niezdarne występy medialne ministra sprawiedliwości.
Prokuratura oczywiście wpadła w szał. Minister Waldemar Żurek zapowiedział złożenie kolejnego wniosku o ENA, a także wyłączenie sędziego. Czyli typowe: jak orzeczenie jest po naszej myśli, to sąd jest niezawisły. Jak nie – to wiadomo, sędzia do wymiany, najlepiej na dyżurnego z Ordo Iuris.
A propos występów medialnych – Michał Dworczyk. Tak, ten od maili, prywatnej skrzynki i publicznej bezczelności. Dostał zarzuty za utrudnianie śledztwa i niszczenie dowodów, ale wciąż mówi o sobie jako o „poszkodowanym”. Wyszedł z przesłuchania i odczytał oświadczenie z kartki jak uczeń technikum, który nie odrobił pracy domowej i próbuje ściągać z marginesu. Obok niego stanął Mateusz Morawiecki, który z tą samą miną mówił, że „Dworczyk to państwowiec”. Tak, jakby ktoś powiedział: „To nie jest wąż, to po prostu zaawansowany sznur do bielizny”.
Równie dobrze mogli wydać wspólne oświadczenie: „Państwo polskie? Robimy co możemy, ale z takim materiałem ludzkim, to i tak cud, że się jeszcze nie zapadło do wnętrza Ziemi.”
ŚWIĘTA Z ŻURKIEM I TRZECHKOLOROWYMI SĘDZIAMI
Jakby tego wszystkiego było mało, rząd Tuska postanowił dorzucić bombkę praworządnościową na choinkę i przyspiesza z ustawami o statusie sędziów i KRS. W planach: uchwalić to jeszcze przed Nowym Rokiem, jak prezent, tylko bez wstążki i z ukrytym opakowaniem antykryzysowym.
Minister Waldemar Żurek – człowiek, który w tej koalicji odpowiada za porządkowanie bałaganu w togach – zamierza uporządkować status tzw. neosędziów, dzieląc ich niczym pralinki na trzy smaki: zielonych (do zachowania), żółtych (do przemyślenia) i czerwonych (do usunięcia z urzędu). To pierwsza ustawa. Druga przywraca wybór KRS przez sędziów. I tu zaczyna się wesoła jazda bez trzymanki.
Bo oto prezydent Nawrocki (czy ktoś jeszcze pamięta, że on jest prezydentem?) wyraża „zastrzeżenia”, czyli w praktyce ostrzy długopis do weta. Według jego otoczenia, oddanie wyboru sędziom to błąd. Paweł Jabłoński z PiS sekunduje mu z powagą kaznodziei, że sędziowie to nie związek zawodowy i nie mogą się sami wybierać, jakby właśnie odkrył, że demokracja nie jest dla każdego.
Koalicja ma więc plan awaryjny: skoro nie przejdzie nowa ustawa, to przynajmniej zrobią prawybory wśród sędziów i na tej podstawie Sejm wybierze nowy skład. Trochę jakby zamienić sushi na sushi z Biedronki i udawać, że to wciąż ta sama kuchnia. Ale to i tak lepsze niż obecna KRS, która przez ostatnie lata wyglądała jak fanklub Ziobry na zjeździe integracyjnym.
Dodatkowo, wyrok TSUE stwierdził to, co wszyscy już wiedzieli, tylko nie wypadało mówić głośno: że Trybunał Konstytucyjny w obecnym składzie to nie jest żaden trybunał, tylko polityczna grupa rekonstrukcyjna, odgrywająca niezależność w teatrze z kurtyną z logotypem TVP Info. Koalicja zamierza więc domknąć ten akt żenady, dokooptować własnych sędziów i – być może – powoli zresetować cały ten system.
A na horyzoncie czai się jeszcze CBOS, który popsuł nastroje w KPRM swoimi sondażami, Sakiewicz, który przez lata żył z kroplówki finansowej PiS-u, a teraz – jak donosi „Rzeczpospolita” – jego media nadal dostają państwowe pieniądze. Skąd dokładnie? To już pytanie do nowej władzy, bo w ministerstwach panuje teraz niezręczna cisza, jakby nikt nie chciał przyznać, kto zlecił przelewy. Prawdopodobnie inercja, może zaszłości, może jeszcze stare umowy. Ale efekt ten sam: tuby propagandowe z czasów dobrej zmiany nadal żyją z budżetu.
I jeszcze w tle: katastrofa w NFZ, nieudolność ministerstw, sondażowa panika, dziwne zmiany właścicielskie i niezmienne poczucie, że Polska to dziś państwo z kartonu, które gra w symulację demokracji na wysokim poziomie.
To jest Polska w grudniu 2025: państwo w stanie półświątecznym, półrozpadu, gdzie za wdzięczność trzeba wystawiać faktury, a za demokrację dostaje się po głowie. Wszystko to przypomina wieczerzę wigilijną z rodziną, z którą nie chciało się rozmawiać od Wielkanocy.
Wesołych świąt. I oby przyszły rok przyniósł mniej kompromitacji, a więcej ciszy – zwłaszcza w miejscach, gdzie mówią politycy.

Dodaj komentarz