



Narodowe Święto Niepodległości. Dzień, w którym historia przypomina nam, że można było kiedyś stworzyć państwo z popiołu trzech imperiów. Że można było mieć Piłsudskiego, Dmowskiego, Paderewskiego i całą resztę ojców założycieli, którzy – choć często nie do zniesienia – myśleli w kategoriach państwowych. Dziś natomiast… mamy Karola Nawrockiego.
Prezydent RP, były bokser i wieczny funkcjonariusz propagandy historycznej, postanowił uczcić 11 listopada tak, jak umie najlepiej – krzykiem, patosem, moralizowaniem i tanim narodowym dramatyzmem, w którym więcej jest pozoru niż treści. I tak oto z Grobu Nieznanego Żołnierza nie unosiła się cisza refleksji, tylko wycie megafonu.
Karol „Głos Tradycji” Nawrocki, wykrzyczał wszystko, co tylko wpadło mu do głowy. Od pięciu pokoleń „gotowych do walki o to, co najważniejsze”, przez trzydzieści pokoleń „tworzących piękną Rzeczpospolitą”, aż po „wielki sukces II RP”, który – o zgrozo – miał polegać na tym, że uczeń w polskiej szkole wiedział, że jest Polakiem. (Wielki sukces. Cóż, ambicje tej prezydentury są tak wysokie, jak stół do ping-ponga).
Potem było już tylko lepiej. Padały dramatyczne pytania: „Gdzie jest nasze jestestwo?” (tak, naprawdę to powiedział) i stwierdzenia o „protezach wartości chrześcijańskich”, „pawiu narodów” i „papudze”, która miała niby naśladować Zachód. Brzmi znajomo? To dlatego, że Nawrocki nie tyle przemawiał, co robił karaoke z Słowackiego, tylko bez talentu.
Każdy jego wers był jak ćwiczenie z taniej publicystyki: „Polacy nie chcą politycznych szopek” – oznajmił człowiek, który z całych sił urządził narodową szopkę z armatami, salwami i drżącym głosem. I choć deklarował, że „prezydent RP nigdy nie pozwoli, abyśmy znów stali się papugą narodów”, to całość jego występu brzmiała jak kiepska kopia przemówień Orbána po dwóch głębszych.
A wszystko to, oczywiście, na tle wojsk, flag, nominacji generalskich i chłodnego listopadowego nieba. Trzeba przyznać – oprawa była godna. Tyle że treść – cieniutka jak herbata w barze dworcowym. Zabrakło tylko bębnów i chóru dzieci recytujących „Katechizm młodego Polaka”.
Występ Nawrockiego był jednak tylko jednym aktem tej farsy. Na scenę wszedł też Władysław Kosiniak-Kamysz, który próbował przemawiać jak człowiek. I może nawet by mu się udało, gdyby nie tłuszcza zgromadzona pod pomnikiem. Buczenie, gwizdy, wrzaski – poziom argumentacji jak spod sklepu monopolowego po 22:00. Kamysz mówił o modlitwie, pracy i świętym mianowniku. A w odpowiedzi dostał dźwięki, które przypominały raczej próbę chóru złożonego z kanalarzy.
I w tym wszystkim był jeszcze Donald Tusk – samotny głos rozsądku, który przemawiał z Gdańska. Mówił o wspólnocie, dumie, zjednoczeniu, gospodarce, Europie, Piłsudskim. Przypomniał, że 11 listopada powinien być dniem radości wszystkich Polek i Polaków, a nie tylko tych, którzy krzyczą najgłośniej i opluwają garnitury przeciwników.
Tylko że tego nikt nie słuchał. Bo dziś liczy się głos donośny, a nie mądry. Emocja, nie treść. Krzyk, nie refleksja. Nawrocki przemawiał jak wodzirej wesela na narodowym dopingu, Tuska słuchano jak profesora mówiącego o Platońskiej idei państwa – z grymasem znudzenia i pytaniem: „Czy on już kończy?”
Gdyby ojcowie niepodległości to widzieli, zapewne wsiedliby z powrotem na konie, spakowali sztandary i poprosili o ponowną aneksję przez Austro-Węgry. Bo czym innym, jeśli nie farsą, jest święto, w którym mówcy przemawiają do narodu jak do słabo rozgarniętego szeregu rekrutów?
Niepodległość w wydaniu Nawrockiego to patos z promocji, groźby pod adresem UE, erupcja pseudodumnego konserwatyzmu i litry podgrzewanego nacjonalizmu z plastikowego termosu. Wszystko to podlane sosem moralizatorskim, z obowiązkową nutką obrażonego męczennika.
A przecież można było inaczej. Można było mówić o wspólnej pracy, szacunku, pamięci, przyszłości. Można było mówić językiem państwa, a nie suto zakrapianej wieczornicy. Ale to nie w stylu nowej prezydentury. Tu się ryczy, nie rozmawia. Tu się grozi, nie przekonuje. Tu się wykrzykuje jestestwo.
Tak więc 11 listopada 2025 zapisze się w historii nie tyle jako święto niepodległości, ile jako dzień, w którym Polska dostała przemówienie, na które nie zasłużyła – ani treścią, ani tonem. Ale może na które sobie zapracowała. Bo jeśli przez lata pozwala się, żeby do władzy dochodzili ludzie, dla których historia to teatr, a patriotyzm to cosplay, to trudno się potem dziwić, że świętujemy z głośnikami zamiast sercem.
Na placu było głośno, ale bezmyślnie. Bo prawdziwe słowa o Polsce wypowiedziano gdzie indziej. Ciszej. Ale mądrzej.
Czołem, prezydencie. Teraz możesz zejść z mównicy.

Dodaj komentarz