
Ameryka zawsze miała swoje dziwactwa. Tam, gdzie my mamy wiejski festyn, oni mają prawybory. Gdzie my wylewamy frustrację w kolejce do lekarza, oni robią to przez Fox News. Ale nawet najbardziej karykaturalne wyobrażenia o USA ulegają zderzeniu z głazem o imieniu Donald Trump.
Bo czymże jest Trump, jeśli nie operetkową wersją Breżniewa z solarium, człowiekiem o ego wielkości stanu Teksas i empatii zbliżonej do tej, jaką posiada tornado? Zna słowa, owszem. Najlepsze słowa. Słowa, które wypowiada z intensywnością łamanej płyty, w rytm pogardy dla faktów i zdrowego rozsądku. Gdyby Kafka pisał dzienniki z Florydy, Trump byłby głównym bohaterem: absurdy, kłamstwa i osobista mitologia w jednym spray-tannie.
Kiedy Trump pisze do premiera Norwegii list – nie, nie sms, nie tweet, ale LIST – i pyta, dlaczego Grenlandia nie należy do USA, bo przecież ich łodzie też tam kiedyś dopłynęły… człowiek ma ochotę zapytać: czy Ameryka się jeszcze obudzi, czy już przewróciła się na drugi bok i śni sen o świecie rządzonym przez megalomańskie dzieciątko z atomowym guzikiem?
W tym samym czasie przez Stany przetacza się fala protestów po śmierci Alexa Prettiego, 37-latka zastrzelonego przez federalnych agentów z CBP. Oficjalnie – „działania w ramach prawa”. W praktyce – egzekucja bez sądu, bez wyroku, bez krzty refleksji. Funkcjonariusze zamiast reanimować – liczyli rany postrzałowe. A potem administracja Trumpa obwieściła światu, że Pretty był „terrorystą”.
To nie był przypadek jednostkowy. Kilka dni wcześniej zginęła Renee Good, również w Minneapolis. ICE i CBP zyskały w tej administracji nie tylko fundusze, ale i immunitet moralny. To już nie są agencje, to są zbrojne ramiona kaprysu. I podobnie jak NKWD, działają wedle własnych zasad, ciesząc się niemal autonomią – Departament Sprawiedliwości zapowiedział wprawdzie śledztwo FBI, ale eksperci są zgodni: to droga przez piekło przepisów i zasłon dymnych.
Minneapolis zapłonęło, ale ogień rozprzestrzenił się dalej. Protesty objęły cały kraj: Atlantę, Filadelfię, Nowy Jork, Boise, Los Angeles. Ludzie zamykali firmy, wychodzili z pracy, opuszczali szkoły. Narodził się „national shutdown” – obywatelski bunt, którego symbolem nie były transparenty, ale dezercja z codzienności. Hasło było jedno: koniec z terrorem ICE.
A ICE? ICE nie potrzebuje łagrów – ICE ma Palantira. Firmę z Doliny Krzemowej, która równie chętnie współpracuje z Białym Domem, co z europejskimi rządami, w tym polskim. Palantir to nie tylko baza danych – to algorytmiczny panoptikon, który wie o tobie więcej niż twój psychiatra, twoja matka i twoja wyszukiwarka razem wzięte. Orwell by się zawstydził, a potem napisał sequel.
Dodajmy do tego smaczek rodem z absurdu: administracja Trumpa, w obawie przed skojarzeniami słowa „ICE” z mrozem, zaleciła federalnej agencji FEMA, by unikać w komunikatach ostrzeżeń „watch out for ice”. Bo może się komuś pomylić ICE z ICE. Zima nie była jeszcze tak polityczna od czasów Napoleona w Rosji.
Tymczasem Trump, z godnością rozwydrzonego dziecka w sklepie z zabawkami, obraża się, że nie dostał Nobla. Pokojowego. Bo przecież, jego zdaniem, „powstrzymał ponad osiem wojen”. Nie wiadomo tylko, czy chodzi o wojny czy o swoje wahania nastroju. Wysyła listy, robi sceny, obraża Danie, planuje zakupy terytorium jakby był średniowiecznym monarchą z katalogiem IKEA.
Na dokładkę administracja Trumpa – a może los sam – zadbała, żeby w dniu protestów naród miał nową zabawkę. Opublikowano kolejną porcję dokumentów z akt Jeffreya Epsteina. Seksualny drapieżnik, finansista, król hipokryzji elit – wraca na pierwsze strony gazet. Trump ogłasza, że dokumenty go „oczyszczają”, choć dziennikarze odkrywają nowe związki, nie tylko jego, ale i całej galerii wpływowych postaci. Dymisje sypią się jak konfetti: Miroslav Lajczak, doradca Ficy, koronna księżna Norwegii. Trump śmieje się ostatni. Jak zawsze.
I nagle robi się ciasno w tej grotesce. Bo jak pisać satyrę, gdy rzeczywistość ją wyprzedza? Jak szydzić z reżimu, który sam z siebie jest pastiszem? Jak zdemaskować prezydenta, który z maski uczynił twarz?
A Europa? Europa patrzy i pyta, czy to jeszcze demokracja, czy już reality show z reżyserem o złotej cerze. Ma dwa wyjścia – złożyć broń i przyjąć amerykański model autorytaryzmu pod płaszczykiem konstytucji, albo postawić tamę. Oddzielić się od fantazji o amerykańskiej mądrości i uwierzyć, że można być wolnym bez zgody Waszyngtonu. Oczywiście pod warunkiem, że nie używamy Twittera, bo ten także został przejęty przez kolejnego mesjasza nowego wieku – Elona Muska, którego narzędzia AI karmią się przemocą niczym wampir z Doliny Krzemowej.
Putin może mordować swoich wrogów na ulicach Londynu, Trump ich jedynie pomija w zaproszeniach na golfowe party. Ale systemy, które budują, opierają się na tym samym: na osobistych fobiach, urażonym ego i potrzebie kontroli absolutnej. Jedna różnica: Putin działa w mroku, Trump w blasku kamer. I jeden, i drugi mają po swojej stronie machinę, która zna tylko jeden bieg – do przodu, przez ludzi.
Na końcu tej opowieści o świecie rzekomo wolnym, śniącym amerykański sen, może się okazać, że jesteśmy w tej samej sali, co bohaterowie „Dwóch prokuratorów”. Tylko głos zza lustra weneckiego ma akcent z Nowego Jorku i fryzurę z innej planety.
A Nobel? Nobel się należy, ale raczej temu, kto uratuje świat przed kolejną fanaberią Donalda Jedynego. Bo w tym teatrze, gdzie reżyserem jest żart, a aktorem lęk, nikt już nie wie, kiedy biją brawo, a kiedy dzwonią na alarm.
Więc gdy w ten wtorkowy poranek budzimy się ze śniegiem na parapecie, a telefon milczy niepokojąco, bo nawet on nie wie, czy jeszcze jesteśmy w demokracji czy już w reality show, warto sobie zadać pytanie: ile ICE mamy w swoim kraju? I czy ktoś przypadkiem nie ustawia nam scenografii z mrozu i propagandy?

Dodaj komentarz