WYRYKI, AUTA I DRONY, CZYLI JAK ZROBIĆ BURDEL W TRZECH AKTACH (Z DODATKIEM NAWROCKIEGO)

Warszawa

Mówi się, że w życiu pewne są tylko dwie rzeczy: śmierć i podatki. Polska od dawna udowadnia, że jest jeszcze trzecia: komunikacyjny chaos. Oto przypadek Wyryki – miejscowości, o której nikt wcześniej nie słyszał, a dziś zna ją już nawet Putin. Bo cóż lepiej promuje wioskę niż własna rakieta demolująca wiejski dom w ramach obrony przed rosyjskim nalotem dronów? To takie narodowe „Pimp My Ride”, tylko w wersji „Pimp My Chałupa”.

Rząd Donalda Tuska stara się jak może, choć czasem wygląda to tak, jakby ktoś próbował ugasić pożar benzyną, a potem jeszcze organizował przy tym konferencję prasową. Ale bądźmy uczciwi – Tusk i jego ekipa naprawdę chcą komunikować. Problem w tym, że rzecznicy, ministrowie i generałowie biegają jak w sitcomie: jeden mówi, że nic nie wie, drugi – że wie, ale nie powie, a trzeci rzuca hasło o „ruskiej onucy”. Efekt? Obywatel nie ma pojęcia, czy jego dom spalił dron, rakieta, czy może kot sąsiada z zapalniczką. I to jest dopiero pole do popisu dla rosyjskiej propagandy.

A teraz dochodzimy do właściwych architektów chaosu: Karola Nawrockiego i jego ekipy od historyczno-patriotycznych rekonstrukcji rzeczywistości. Ten samozwańczy kustosz narodowej prawdy z IPN, który dziś pakuje walizki do Pałacu Prezydenckiego, wraz ze swoimi kolegami od „narodowych narracji” od lat hoduje atmosferę, w której każda krytyka to zdrada, każde pytanie to sabotaż, a każdy dziennikarz to kandydat na onucę. Gdyby ci panowie uczyli komunikacji kryzysowej, kurs nazywałby się „Zatańcz, zakrzycz, zwal to na wroga”. I faktycznie – taniec chocholi trwa, a w tle gra orkiestra dezinformacji.

Na dokładkę mamy też „lawinę wątpliwości” po kradzieży auta premiera. Auto zniknęło, ale podejrzany nie był złodziejem aut. To trochę jak z polityką – wszyscy wiedzą, że coś nie gra, ale nikt nie potrafi powiedzieć, kto naprawdę tu kradnie. Śledztwo przypomina odcinek „Ojca Mateusza”: brakuje tylko, żeby na końcu wyszło, że winny jest organista. Premier zaś mógłby potraktować całą sprawę jako darmową lekcję – skoro skradziono mu samochód, to znaczy, że w Polsce naprawdę trzeba wzmacniać bezpieczeństwo. Albo przynajmniej kupować lepsze immobilizery.

A skoro już o bezpieczeństwie – dron nad Belwederem! Nic tak nie buduje zaufania do państwa, jak fakt, że w samym centrum Warszawy cudze latawce z kamerą mogą swobodnie kręcić sobie film dokumentalny. ABW pewnie wzięła się do roboty, tylko nie wiadomo, czy najpierw zrobiła zdjęcie do raportu, czy od razu wrzuciła na Instagrama z hasztagiem #BelwederByDrone.

Jarosław Kaczyński również nie próżnuje. Postanowił zażądać przeniesienia rosyjskiej ambasady, bo to „zagrożenie kontrwywiadowcze”. Cóż, Jarek najwyraźniej tęskni za czasami, kiedy mógł decydować o wszystkim – od koloru firanek po rozmieszczenie ambasad. Może więc czas otworzyć własne Ministerstwo Teleportacji i przenieść ambasadę na Księżyc? Tam przynajmniej nie będzie jej odwiedzał nikt poza Neil Armstrongiem.

Z kolei w świecie wielkiej polityki – Julia Nawalna ogłosiła wyniki badań, które potwierdzają, że jej mąż został otruty. Tak jakby komuś trzeba było jeszcze dowodów, że Kreml gra w trucizny jak w warcaby. Rosja tymczasem zamyka magazyny paliw – wygląda na to, że ropa im się już znudziła, wolą wrócić do świeczek.

Świat kultury i biznesu też nie zawodzi. Współzałożyciel kultowej marki lodów Ben & Jerry’s odchodzi przez konflikt o Strefę Gazy – czyli nawet lody nie są już politycznie neutralne. Kto wie, może wkrótce pojawi się smak „Ceasefire Cherry”? A na rynek meblowym powraca marka, która niedawno zbankrutowała. Meble w roli feniksa – raz w popiele, raz na wystawie w galerii.

A na deser – Windsor. Na murach zamku, w którym król Karol III przyjmuje Donalda Trumpa, ktoś wyświetlił zdjęcia Trumpa z Jeffreyem Epsteinem. Brytyjska policja zareagowała błyskawicznie, aresztowała cztery osoby. Trzeba przyznać, że to jedyny przypadek, gdy projekcja na ścianie wyglądała bardziej realistycznie niż program wyborczy.

Podsumujmy: mamy rakiety demolujące chałupy, auto premiera skradzione przez niezłodzieja, drony nad Belwederem, Kaczyńskiego bawiącego się w geopolityczne przesuwanki, Nawalną przypominającą światu o rosyjskich metodach, lody Ben & Jerry’s zamrożone polityką, meble zmartwychwstałe niczym Łazarz i Trumpa świecącego z murów Windsoru. A nad tym wszystkim unosi się duch Karola Nawrockiego – człowieka, który zamiast łagodzić chaos, robi z niego narodowe widowisko. Polska i świat w jednym zdaniu: stand-up, tylko bez punchline’u. Ale spokojnie – Tusk jeszcze ogarnie komunikację. A reszta? Reszta niech lepiej kupi abonament na Netflixa. Bo życie pisze im lepsze scenariusze niż ktokolwiek z branży.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights