
Na początku nie ma nic wielkiego, żadnych fanfar, żadnych deklaracji, żadnych konferencji z mapą Europy w tle, jest tylko zdanie, jedno z tych zdań, które przechodzą przez telewizję jak przeciąg przez nieszczelne okno, niby nic, a jednak zostawiają po sobie chłód. Ktoś mówi, że Bruksela coś zabiera, ktoś inny, że narzuca, trzeci, że upokarza, aż w końcu to szemranie zaczyna układać się w rytm, rytm w opowieść, a opowieść w kierunek, którego nikt nie ogłasza, bo przecież nikt nie powie wprost „wychodzimy”. Wszyscy mówią „bronimy suwerenności”, tylko że ta suwerenność coraz bardziej przypomina walizkę pakowaną w pośpiechu, kiedy człowiek jeszcze udaje, że nigdzie nie wyjeżdża.
I wtedy wychodzi Konrad Szymański, człowiek z samego środka tej PiS-owskiej maszyny. Mówi coś, co brzmi jak raport po katastrofie: Polska weszła na drogę do polexitu, proces wymknął się spod kontroli. To nie jest publicystyczna przesada, tylko chłodna diagnoza kogoś, kto jeszcze wczoraj liczył europejskie miliardy i wiedział, gdzie kończy się polityka, a zaczyna rachunek.
Ta wypowiedź powinna zatrzymać debatę, ale w Polsce nic się już nie zatrzymuje, bo PiS od lat prowadzi operację, która jest jednocześnie prosta i perfidna. Najpierw redukuje Unię do roli bankomatu, potem oburza się, że bankomat ma regulamin, a na końcu przekonuje swoich wyborców, że regulamin to zamach na niepodległość. W ten sposób buduje emocję, której nie da się już cofnąć, bo człowiek, któremu przez lata powtarzano, że ktoś go okrada, w końcu zaczyna wierzyć, że najlepiej wyjść z banku.
I tu pojawia się cała groteska tej sytuacji. Ci sami ludzie potrafią jednocześnie mówić, że Unia nic nie daje i że zabiera wszystko, że jest słaba i że jest groźna, że nie ma znaczenia i że chce nas zniszczyć. To już nie jest sprzeczność, to jest metoda – metoda polegająca na tym, żeby prawda nie miała żadnego znaczenia.
W tę kakofonię wchodzi Karol Nawrocki i robi coś, co w normalnym państwie byłoby politycznym samobójstwem. W tym staje się aktem odwagi, czyli wetuje SAFE, program, który oznacza dziesiątki miliardów euro na armię, i robi to z miną człowieka, który właśnie obronił kraj przed nadmiarem bezpieczeństwa, jakby uznał, że najlepszą strategią obronną jest brak pieniędzy na obronę, co jest logiką tak absurdalną, że aż konsekwentną.
Nawrocki wygląda w tej scenie jak urzędnik historii, który pomylił instrukcję obsługi państwa z ulotką propagandową i teraz z powagą wykonuje kolejne ruchy, nie zauważając, że wszystko wokół zaczyna się chwiać.
A nad nim unosi się Jarosław Kaczyński, reżyser tego spektaklu, człowiek, który przez lata budował polityczną maszynę na resentymentach i półprawdach. Teraz patrzy, jak ta maszyna zaczyna działać już bez niego. Udaje, że to plan, że tak miało być, że dryf to strategia, choć coraz bardziej przypomina to sytuację, w której ktoś podpala własny dom, żeby udowodnić, że potrafi kontrolować ogień.
Bo SAFE to nie jest ideologia ani spór o wartości, tylko konkretne pieniądze, które mogą trafić do przemysłu zbrojeniowego, do armii, do realnego bezpieczeństwa. Nawrocki mówi: nie, dziękujemy, poradzimy sobie inaczej, na przykład zyskiem NBP, którego nie ma, albo pomysłem, który istnieje wyłącznie w prezentacji. W tym jednym geście zawiera się cała filozofia tej polityki – odrzucić to, co istnieje, i zastąpić to czymś, co dobrze brzmi.
PiS przytakuje, choć coraz częściej ktoś z własnych szeregów zaczyna się krztusić, jak senator Włosowicz, który mówi, że to już nie ta partia, że robi się nacjonalistyczna, że coś się rozjechało. Na co odpowiedź jest natychmiastowa i brutalna: nie będzie pana na listach, bo w tej konstrukcji można popełniać błędy, ale nie wolno ich nazywać.
I teraz scena, której nikt nie nagra, ale która tłumaczy wszystko: długi stół, mapa Europy, ktoś przesuwa Polskę o milimetr w stronę drzwi, ktoś mówi, że to tylko korekta, ktoś pyta, czy to już wyjście, a odpowiedź brzmi: skąd, jesteśmy w środku, tylko bliżej klamki. W tym momencie wszyscy czują ulgę, bo najważniejsze jest to, żeby nie użyć słowa „wyjście”, nawet jeśli już się stoi w przedpokoju.
W polityce słowa nie służą do opisywania rzeczywistości, tylko do jej maskowania.
Dlatego Tusk mówi wprost, że polexit to realne zagrożenie, i brzmi jak człowiek, który widzi nadjeżdżający pociąg, podczas gdy reszta ludzi na peronie prowadzi seminarium z semantyki i zastanawia się, czy to na pewno pociąg, czy tylko większa metafora. Konfederacje rozdają ulotki z napisem „wyjście awaryjne” i obiecują, że za drzwiami będzie lepiej.
I najgorsze w tym wszystkim jest to, że polexit nie będzie żadnym wielkim wydarzeniem, żadnym dramatycznym gestem, żadnym referendum, tylko powolnym, systematycznym zsuwaniem się z Europy. Decyzja po decyzji, zdanie po zdaniu, aż w końcu ktoś zapyta: kiedy to się stało, a odpowiedź będzie tak banalna, że aż wstydliwa – stało się wtedy, kiedy przestaliśmy reagować.
Jeśli ktoś jeszcze ma wątpliwości, to niech je zachowa na pamiątkę – będą idealne do oprawienia, kiedy okaże się, że patriotyzm w wydaniu PiS polegał na wyprowadzaniu Polski z Europy tylnymi drzwiami i sprzedawaniu tego jako wycieczki krajoznawczej.
Polexit nie będzie wypadkiem – będzie świadomą głupotą sprzedaną jako patriotyzm i kupioną przez tych, którzy pomylili krzyk z myśleniem.
A to już nie jest polityka.
To jest powolny, metodyczny sabotaż państwa, wykonywany z miną ludzi, którzy są przekonani, że właśnie je ratują.

Dodaj komentarz