
Porucznik MO Lech Ryś, znany z „Misia”, wrócił w wielkim stylu – tym razem w ciele Radosława Sikorskiego. W oryginale Ryś uczył dzieci, żeby wywierali „presję moralną” na kolegę, który mówi „motyla noga”. W wersji XXI-wiecznej – minister spraw zagranicznych wywiera presję na obywateli, którzy odważyli się pomagać głodującym w Gazie. Wujek Dobra Rada mówi dziś z uśmiechem: „Nie jedźcie do rejonów niebezpiecznych, bo nie mam zakładników na wymianę.” Cóż, humanitaryzm z domieszką wojskowego sarkazmu – w sam raz do podania na chłodno.
Sikorski znalazł swoją gromadkę urwisów wśród aktywistów z Flotylli Sumud – tych, co to naiwnie wierzą, że pomoc humanitarna ma większy sens niż polityczne kalkulacje. I choć rzecznik MSZ zapewnił, że „żaden Polak nie zostanie bez opieki”, to minister – z zapałem porucznika Rysia – zamiast interweniować, udzielił wykładu o geografii ryzyka. Wyglądało to jak scena z „Rejsu”: „Nie będziemy ratować, ale możemy skomentować.”
A gdyby minister naprawdę chciał wywrzeć „druzgocącą presję moralną”, to mógłby zwrócić ją w stronę państwa, które zatrzymuje ludzi na wodach międzynarodowych. Ale zamiast tego – uniknął słowa „Izrael” jak diabeł święconej wody, wymieniając Iran, Rosję i Białoruś. Taki zabieg językowy na poziomie: „Jasiu, kto zrobił tę plamę?” – „Nie wiem, ale Franek też był w pokoju!”
Tymczasem w Gazie nadal giną ludzie. Setki tysięcy cywilów, dzieci, rodziny. ONZ, eksperci, historycy – wszyscy mówią o ludobójstwie. A minister Sikorski filozoficznie tłumaczy, że gdyby to naprawdę było ludobójstwo, to „zajęłoby tydzień lub dwa”. Jakby masakra miała limit czasowy i obowiązek meldowania postępów.
PAN PREZYDENT OD ZAMIESZANIA
Z kolei prezydent Nawrocki postanowił najwyraźniej przebić wszystkich. Wyszedł z własną interpretacją konstytucji, z własną ustawą o IPN i, jak twierdzą niektórzy, z własnym rozumieniem Polski. Ogłosił, że trzeba zakazać „propagowania ideologii banderyzmu”. W efekcie Rosja klasnęła, Ukraina zapłakała, a opinia publiczna spytała: „czy ktoś w Pałacu sprawdza, co podpisuje prezydent?”
Nawrocki zdaje się mylić politykę z cosplayem historycznym. Zamiast myśleć o współpracy, biega z szablą przez sejmowy korytarz i szuka winnych z 1943 roku. Jego ustawa to prezent dla Putina – wstążka, bilecik, pełna usługa. Bo nic tak nie wzmacnia Moskwy jak porządny konflikt Warszawa–Kijów.
A skoro już o wojnie mowa, Nawrocki postanowił zorganizować też wojnę domową. Tym razem w wersji prawnej. Na scenę wchodzi Waldemar Żurek, minister sprawiedliwości, który – o zgrozo! – próbuje przywrócić normalność. Chce, żeby sędziowie byli losowani, a nie wybierani z politycznego kapelusza. I tu wjeżdża prezydencki duet Nawrocki–Bogucki, krzycząc: „To akt bezprawia!”.
To urocze, jak ludzie, którzy przez lata mieli Konstytucję za podkładkę pod kufel, dziś bronią jej z pianą na ustach. Bogucki w roli moralnego arbitra – to jak wilk w roli rzecznika kóz.
Żurek odpowiada spokojnie: „Nie wycofam się.” I dobrze. Bo w tym kraju odważnych ludzi nie było zbyt wielu, a ci, co zostali, często siedzą w sądach, żeby ratować to, co jeszcze zostało z państwa prawa.
POLSKA 2050 NA TALERZU I INNE DANIA DNIA
W tym samym tygodniu Szymon Hołownia ogłosił, że rezygnuje z funkcji szefa swojej partii. Polska 2050 bez Hołowni to trochę jak „Titanic” bez DiCaprio – niby płynie, ale nikt już nie płacze na końcu. Kandydaci do schedy walczą, a sam Szymon chce iść do ONZ. Niby piękny pomysł, ale jest drobny problem: głosował kiedyś przeciw ochronie uchodźców. To tak, jakby ubiegał się o szefostwo Greenpeace, mając na koncie grillowanie delfinów.
I JESZCZE TROCHĘ ŚWIATA
A świat, jak to świat, nie daje odetchnąć. W USA Donald Trump ogłosił ultimatum dla Hamasu, grożąc „piekłem jakiego nikt nie widział”. Trump ma ewidentnie słabość do wielkich liter i małych refleksji. W Niemczech – eksplozja w rafinerii, w Luksemburgu – zmiana na tronie, a w Polsce – zmiana na Twitterze. Bo przecież tu każda afera zaczyna się i kończy w internecie.
A na koniec perełka edukacyjna – w polskich szkołach młodzież masowo rezygnuje z lekcji „zdrowia”. No bo po co komu wiedza o zdrowym życiu, skoro i tak dostanie je w pakiecie z aspiryną i kredytem hipotecznym? Frekwencja spadła do poziomu badań archeologicznych, a MEN udaje, że wszystko jest dobrze. Cóż, nasza edukacja zawsze była pełna życia – głównie po stronie nauczycieli, którzy próbują nie zwariować.
I tak minął tydzień w kraju, w którym każdy ma rację, nikt nie ma wstydu, a ironia jest jedynym skutecznym środkiem przeciwbólowym.
Z kronikarskim sarkazmem,
Krzysztof Bielejewski

Dodaj komentarz