WTORKOWY PRZEWODNIK PO RZECZYWISTOŚCI, CZYLI OD DWORKU PO BALOWĄ SALĘ TRUMPA

Warszawa

Felieton o świecie, w którym Bartoszewski gubi majątek, Ziobro gubi godność, Trump gubi rozum, a Kaczyński gubi mikrofon.


Polska jesień 2025 pachnie nie tyle liśćmi i dymem z ognisk, ile oparami absurdu. Gdziekolwiek człowiek nie zajrzy — w MSZ, TK, CPK czy Biały Dom — wszędzie ten sam zapach: lekko przypalone sumienie narodowe.

Zacznijmy od sprawy wiceministra Władysława Teofila Bartoszewskiego, syna wielkiego ojca, który — jak sam mówił — zawsze starał się być przyzwoity. Niestety, synowi przypadła trudniejsza rola — być bogatym. Los mu sprzyjał: chrzestny z Orderem Orła Białego, apartamenty w Warszawie, fundacja w Liechtensteinie. Brzmi jak polska wersja „Sukcesji” — tylko zamiast korporacji medialnej mamy spółkę z Brytyjskich Wysp Dziewiczych, a zamiast wyroku sądowego — apelację, która utknęła w archiwum niczym święty Graal.

Sąd nie wie, co zrobić, prokuratura nie wie, gdzie szukać, a wiceminister — zdaje się — nie wie, gdzie podział majątek. Wiadomo tylko, że z trzech apartamentów nie zostało nic, prócz chińskiego wazonu i zegarka Patek Philippe. Gdyby nie to, można by pomyśleć, że Teofil ma duszę ascety. Ale jak to mawiał jego ojciec: warto być przyzwoitym, ale nie za wszelką cenę.


A propos cen — działka pod CPK warta 400 milionów złotych sprzedała się za niecałe 23. Minister Telus twierdzi, że nic nie wiedział. Wspaniała to tradycja polskiej polityki — nie wiedzieć, ale mieć rację. To samo dotyczy CPK: nikt nie wie, gdzie ma być, kiedy ma być i czy w ogóle ma być — ale każdy jest za albo przeciw z pełnym przekonaniem.

W sondażach Polacy mówią jasno: „to wina PiS-u”. PiS odpowiada: „to wina Tuska”. Tusk milczy, bo wie, że w Polsce im ktoś więcej mówi, tym mniej ma racji. Zresztą premier jest zajęty – musi trzymać w ryzach koalicję, Konfederację, własną teściową i Romana Giertycha, który w najgorszym momencie wyjął kartę. Giertych to zresztą symbol polskiej polityki – zawsze wstał z ławki, kiedy mecz już się skończył.


Tymczasem Zbigniew Ziobro, człowiek, który przez lata wcielał sprawiedliwość z zapałem pytona duszącego króliczka, dziś sam boi się wyroku. 26 zarzutów, w tym kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą. Czyli, mówiąc krótko — wreszcie doczekał się awansu.
Ziobro siedzi na Węgrzech, bo jak wiadomo, węgierski klimat służy każdemu, kto ma coś na sumieniu. Współtowarzysz Romanowski też tam, więc może wieczorami grają w planszówkę „Fundusz Sprawiedliwości – edycja mafijna”. Celem gry jest, oczywiście, uniknąć ekstradycji i utrzymać status męczennika.

Minister Żurek, patrząc na to wszystko, musi mieć mieszane uczucia: z jednej strony czuje satysfakcję, z drugiej – współczucie. Bo nawet największy przeciwnik Ziobry nie mógłby wymyślić bardziej ironicznego końca jego kariery: prokurator ścigany przez prokuraturę, której przez lata był bogiem i katem jednocześnie.


A skoro już o bogach mowa — w Trybunale Konstytucyjnym czterech z pięciu sędziów ma rozpatrywać sprawę o jawność oświadczeń majątkowych… własnych oświadczeń majątkowych. To już nie jest nawet groteska. To jakby komisja antyalkoholowa składała się z degustatorów wina, a rzecznik etyki był jednocześnie rzecznikiem Pawłowicz.

Wszystko pod czujnym okiem prezydenta-elekta Karola Nawrockiego, który na razie milczy, zapewne szykując się do zdefiniowania nowej roli głowy państwa: strażnica wartości katolicko-narodowych i tłumacza między PiS-em a rzeczywistością.


Za oceanem też wesoło. Donald Trump, człowiek, który uważa, że złoto leczy kompleksy, właśnie zburzył wschodnie skrzydło Białego Domu, by postawić salę balową. Nie wiadomo, czy ma w niej tańczyć, czy koronować się na cesarza, ale wiadomo, że kosztuje to 300 milionów dolarów i że wszystko błyszczy. Trump tłumaczy, że „potrzeba było trochę światła”. Owszem, ale może raczej w głowie.

Sondaże lecą mu w dół, młodzi odwracają się plecami, a on wciąż powtarza, że to „najlepsze sondaże w historii ludzkości”. W zasadzie trudno się dziwić – człowiek, który żyje w złotej sali, nie zauważa, że świat wokół niego płonie.


Wracając na nasze podwórko: Jarosław Kaczyński nie dostanie mikrofonu na Marszu Niepodległości. Organizatorzy tłumaczą, że to marsz dla patriotów, nie dla polityków. Kaczyński, zapewne niepocieszony, będzie więc musiał nieść raczej transparent niż hasło. Może coś w stylu: „Niepodległość, ale pod moim nadzorem”.

Konfederacja za to rozgrzewa się jak piec kaflowy – krzyczy o wolności słowa w sieci, bo w końcu nic tak nie boli nacjonalisty jak fakt, że ktoś mógłby usunąć jego wpis o „spisku globalistów”. Ich koncepcja wolności przypomina wolność kojota na urwisku – może biec, dopóki nie spojrzy w dół.


A w tle tego wszystkiego mamy media publiczne w stanie likwidacji – czyli żywy trup demokracji. Reformy nie ma, abonamentu nie będzie, ustawy może prezydent podpisze, a może i nie. TVP trwa w limbo, między PRL-em a TikTokiem. Widz czeka, aż ktoś wreszcie odłączy respirator, ale respirator gra hymn i emituje „Wiadomości”.


Donald Tusk w tym wszystkim jawi się jak człowiek, który wrócił do rozbitego domu i znalazł w nim lokatorów z PiS-u, Konfederacji i własnej teściowej. Wszystko w jednym salonie. A jednak, z jakimś stoickim spokojem pije kawę i mówi: „Damy radę”. I pewnie da – bo w tym kraju tylko Tusk potrafi grać w szachy, kiedy reszta okłada się patelniami.


Tak wygląda Polska wtorkowej jesieni 2025:
Z jednej strony — Bartoszewski z pustym portfelem, z drugiej — Ziobro z pełnym strachem. W tle Kaczyński bez mikrofonu, Trump ze złotą łopatą, a Trybunał orzekający we własnej sprawie.

A my, obywatele, patrzymy na to wszystko jak na odcinek „Mody na sukces” – z tą różnicą, że u nas wszyscy bohaterowie są jednocześnie ofiarami, podejrzanymi i sędziami.

I tylko Żurek i Sikorski, stojąc wśród ruin zdrowego rozsądku, wyglądają jak ostatni przedstawiciele gatunku homo logicus.

Niech im Bóg (albo Konstytucja) dopomaga.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights