WTORKOWY PORANEK, CZYLI JAK PRODUKUJE SIĘ AMUNICJĘ Z POWIETRZA I OPINIE Z NICZEGO

Warszawa

Wstałem o szóstej rano, a świat był jeszcze niedokończony, jakby ktoś go zostawił na noc w stanie roboczym, niedomknięty, z przeciągiem między snem a rzeczywistością, z zimnem wchodzącym pod skórę jak nieproszony komentarz pod własnym postem.

Dom budził się powoli, z tą charakterystyczną niechęcią do dnia, którą mają tylko poniedziałki i wtorki, dzieci będą spać jeszcze przez godzinę, żona zamknęła się w łazience z godnością i determinacją człowieka, który nie chce rozmawiać ze światem, Larysa kręciła się w kuchni jak satelita wokół planety, a ja, jak człowiek współczesny i niepoprawny, zanurzyłem się w sieć.

I tam, proszę Państwa, jak w każdym dobrym teatrze, czekała już na mnie pierwsza niespodzianka.

Pani @Manuela Gretkowska postanowiła rozwiązać zagadkę mojego istnienia i zrobiła to z rozmachem godnym detektywa z serialu, który nie czyta akt sprawy, ale za to ma świetną intuicję i jeszcze lepsze samopoczucie. Uznała więc, że jestem tworem sztucznej inteligencji, bo – cytuję z pewnym podziwem dla fantazji – „prywatne zdjęcia z AI, brak życiorysu, brak linków do realu, raz szczęśliwa rodzina w Kanadzie, raz kot w Polsce, teksty z Chata, czy się mylę?”.

Otóż nie, droga Pani, nie myli się Pani – Pani po prostu uprawia literaturę faktu bez faktów, czyli gatunek bardzo dziś popularny, bo nie wymaga czytania, tylko przekonania, że już się przeczytało. To taka publicystyka instant: zalewasz wrzątkiem wyobraźni i po trzech minutach masz gotową opinię. A smak? Nieważny, ważne, że paruje i robi wrażenie.

Widzę to dokładnie: szybkie spojrzenie, dwa przewinięcia, lekkie zmarszczenie czoła i ten moment olśnienia, kiedy człowiek jeszcze nic nie sprawdził, ale już wszystko wie. To jest ta szczególna odmiana wiedzy, która nie potrzebuje dowodów, bo opiera się na pewności siebie.

Bo przecież można było kliknąć. Na stronie jest link do bloga. Jest adres. Jest mail. Jest telefon. Jest rzeczywistość, taka trochę staroświecka, wymagająca wysiłku i niepasująca do teorii.

Ale po co klikać, skoro można ogłosić? W końcu prawda jest dziś mniej atrakcyjna niż dobrze brzmiące podejrzenie. Zwłaszcza jeśli podejrzenie daje poczucie, że jest się o krok przed rzeczywistością, choć w praktyce stoi się tyłem do niej.

Życiorysu rzeczywiście nie ma. I bardzo dobrze. Życiorys to najbardziej nużąca forma literacka od czasu instrukcji obsługi tostera, a ja naprawdę nie czuję potrzeby opisywania życia jak raportu z delegacji.

Natomiast jeśli chodzi o sztuczną inteligencję, to używam jej od trzydziestu lat, tylko wtedy nie była jeszcze straszakiem dla tych, którzy nagle odkryli, że świat się zmienia bez konsultacji społecznych. Nazywała się mniej efektownie, działała ciszej i nie wywoływała takiego moralnego uniesienia u ludzi, którzy mylą narzędzie z czarną magią.

Modelowanie procesów, analiza danych, systemy decyzyjne – to też była sztuczna inteligencja, tylko bez fanfar i bez lęku.

Dziś pomaga zbierać informacje, porządkować je i skracać drogę do wiedzy. I tak, generuje obrazy. I tak, korzystam z niej. Tak jak korzystam z komputera, telefonu i – kiedy się uda – zdrowego rozsądku.

Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy ktoś myli narzędzie z autorem, a domysł z wiedzą, i wtedy zamiast rozmowy mamy spektakl, w którym każdy gra eksperta, a scenariusz pisze wyobraźnia. I tylko widownia robi się coraz bardziej zmęczona tym, że bilety sprzedaje się na pewność, a gra się w zgadywanki. Bo najłatwiej dziś uchodzić za przenikliwego, kiedy nie ma się nic do powiedzenia poza domysłem.

Ale zostawmy już ten poranny teatr jednego aktu, bo wtorek, proszę Państwa, rozkłada się przed nami jak stół w karczmie – ciężki, pełen i lekko lepki od poprzednich historii.

I zaczyna się od rzeczy najważniejszej.

Amunicja.

Polska, kraj wiecznie przygotowany do wszystkiego poza rozsądkiem, postanowiła produkować setki tysięcy pocisków kalibru 155 mm, które mają być dumą naszej obronności, kręgosłupem bezpieczeństwa i dowodem na to, że potrafimy myśleć strategicznie.

Problem polega tylko na tym, że producent, który ma te pociski dostarczyć, nie posiada fabryki.

To jest moment, w którym rzeczywistość przestaje udawać powagę i zaczyna przypominać kabaret, tylko taki, w którym śmiech przychodzi z opóźnieniem, razem z rachunkiem.

Miliardy złotych mają trafić do spółki, która dopiero testuje produkcję, trochę jakbyśmy zamówili tysiąc wesel u kucharza, który właśnie pierwszy raz gotuje rosół i jeszcze nie wie, że sól się dodaje na końcu.

I zaczyna się najpiękniejsza część polskiego życia publicznego.

Ci, którzy to wymyślili – krzyczą. Ci, którzy to odziedziczyli – tłumaczą. A państwo stoi pomiędzy nimi jak kelner z pustą tacą i udaje, że zaraz coś poda. Rząd próbuje obejść weto prezydenta Nawrockiego, który stoi w drzwiach jak uparty gospodarz i mówi „nie”, bo może, bo chce, bo ktoś mu powiedział, że tak trzeba.

I nagle okazuje się, że państwo polskie to nie jest organizm. To jest targ. Tu się targują, tam się przepychają, gdzie indziej chowają listy beneficjentów jak przepisy na nalewkę, a nie miliardy publicznych pieniędzy.

A na drugim stole leży Izera. Jeszcze wczoraj narodowe marzenie na prąd, dziś przypomina projekt porzucony w garażu, gdzie ktoś zgubił sens, ale zostawił rachunki.

Sześć miliardów złotych krąży nad tym projektem jak kruki nad polem bitwy, a wszyscy udają, że to jeszcze nie koniec, tylko „nowa koncepcja”. Uwielbiam to zdanie. To jest polityczny odpowiednik: „nie wyszło, ale opowiedzmy to elegancko”.

A gdzieś obok siedzi Tusk i próbuje z tego wszystkiego zrobić państwo, co przypomina ustawianie orkiestry w karczmie, gdzie każdy gra swoje, a perkusista wali pałeczkami w stół.

Po drugiej stronie PiS, który wygląda jak człowiek, który podpalił dom, a teraz krzyczy, że straż pożarna źle gasi.

Kaczyński siedzi jak zmęczony reżyser, który już nie pamięta scenariusza, ale wciąż rozdaje role.

Mentzen sprzedaje proste odpowiedzi jak promocję w dyskoncie, gdzie wszystko jest tanie, dopóki nie sprawdzisz jakości.

Braun walczy z rzeczywistością, którą sam sobie napisał.

A Konfederacja próbuje przekonać wszystkich, że prostota to cnota, nawet jeśli prowadzi prosto w ścianę.

I tak toczy się wtorek. Świat się kręci. Wojny się rozlewają. Politycy grają. A my siedzimy przy tym stole i udajemy, że to kolacja, a nie przedstawienie. I może najuczciwsze zdanie, jakie można dziś powiedzieć, brzmi tak:

To nie jest kryzys. To jest styl zarządzania. A jeśli ktoś jeszcze wierzy, że to wszystko jest przypadek, to znaczy, że nie patrzy. Albo patrzy, ale tylko na paski. A paski – szczególnie te, które nie informują, tylko warczą – nie służą do patrzenia. Służą do prowadzenia.

I prowadzą nas dokładnie tam, gdzie ktoś już dawno chciał, żebyśmy doszli.

A jeśli ktoś jeszcze wierzy, że wystarczy głośniej mówić, żeby mieć rację, to znaczy, że pomylił myślenie z echem – i bardzo mu z tym wygodnie.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights