WTORKOWA ROZPRAWKA O WHISKY, ROZUMIE I POLITYCE

Warszawa

Wtorek, prawie południe. Godzina, o której człowiek powinien pić kawę, a nie whisky. Ale świat od dawna nie robi tego, co powinien, więc czemu ja miałbym być wyjątkiem. Poza tym Ameryka dała przykład. A gdy Ameryka daje przykład, reszta świata ma do wyboru: albo naśladować, albo udawać, że nie widzi, i tak kończy się na piciu. Jeśli nawet zrozumiesz, co się dzieje, to i tak musisz się napić. Choćby po to, żeby nie myśleć.

Whisky to w gruncie rzeczy płynna filozofia. Trunek, który powstał po to, by woda przestała zabijać ludzi, a skończył jako paliwo dla polityki, wojen i złych decyzji. Historia Stanów Zjednoczonych jest nim przesiąknięta do tego stopnia, że gdyby ją wycisnąć, to z Kapitolu poleciałby strumień burbona. Ojców Założycieli nie interesowało, czy alkohol szkodzi demokracji. Ich interesowało, czy jest go dość.

Ameryka zaczęła się od braku piwa. To jest fakt założycielski, którego nie da się już cofnąć. Mayflower dobił nie tam, gdzie planowano, bo zapasy alkoholu topniały szybciej niż nadzieje na trzeźwość. Gdyby było więcej piwa, może dziś mówilibyśmy po angielsku z lepszym akcentem, a świat wyglądałby inaczej. Ale piwa zabrakło, więc historia skręciła w stronę whisky, buntu i powszechnego przekonania, że problemy najlepiej rozwiązuje się przemocą albo podatkiem.

Jerzy Waszyngton pędził whisky i robił to z pełnym przekonaniem, że alkohol wzmacnia morale. Dziś powiedzielibyśmy, że wzmacniał mu słupki poparcia wśród farmerów, przynajmniej do momentu, gdy tych samych farmerów postanowił opodatkować. Bunt Whisky był pierwszym sygnałem, że Amerykanie nie lubią, gdy państwo sięga im do kieszeni, zwłaszcza gdy w tej kieszeni stoi butelka. Ten konflikt między wolnością a fiskusem trwa do dziś, tylko zamiast beczek mamy kredyty, a zamiast milicji federalnej – media społecznościowe.

Później było już tylko gorzej. Ameryka piła jakby jutra miało nie być, a jeśli miało być, to najlepiej z kacem. Dziewiętnastowieczne statystyki spożycia alkoholu wyglądają dziś jak raport z oddziału toksykologii. Wojna secesyjna była prowadzona przez ludzi, którzy więcej pili niż spali, co może tłumaczyć, dlaczego była tak krwawa i tak absurdalna. Gdy naród jest permanentnie pijany, decyzje strategiczne zapadają szybciej, a refleksja przychodzi dopiero po bitwie.

Prohibicja miała to wszystko naprawić, czyli zrobiła dokładnie odwrotnie. Państwo uznało, że zakazem uleczy ludzką skłonność do głupoty. Efekt był przewidywalny: gangi, przemoc, denaturat, hipokryzja i masowe łamanie prawa w imię moralności. Politycy pili w ukryciu, obywatele pili w ukryciu, a prawo stało się fikcją. To wtedy Ameryka nauczyła się, że najlepiej mówić jedno, robić drugie i oburzać się na trzecie.

A politycy? Oni zawsze pili inaczej. Prezydenci mieli słabe głowy, twarde głowy albo głowy tak przyzwyczajone do alkoholu, że nie reagowały już na nic. Nixon pił i dzwonił. McCarthy pił i niszczył ludzi. Alkohol nie był przyczyną, był katalizatorem. Prawdziwy problem leżał gdzie indziej: w przekonaniu, że władza zwalnia z myślenia. Whisky tylko pomagała o tym zapomnieć.

I tu płynnie przechodzimy do teraźniejszości, bo wtorek jest dziś, a prasa nie czyta się sama. Z jednej strony mamy zamieszanie wokół prezydenckich koszulek, które sprzedają się lepiej niż zdrowy rozsądek. Logo, bluzy, zaprzeczenia, brak relacji gospodarczych i klasyczna opowieść o tym, że nic się nie stało, a jeśli się stało, to na pewno nie my. W tle unosi się ten sam zapach co zawsze: polityka jako marka, marka jako polityka, a odpowiedzialność jako pojęcie czysto teoretyczne.

Z drugiej strony ambasador USA, który obraża się w imieniu swojego prezydenta, jakby był jego osobistym barmanem, a nie dyplomatą. Ameryka, która kiedyś rozwiązywała problemy whisky, dziś próbuje je rozwiązywać fochem z notą dyplomatyczną. Postęp polega na tym, że kaca moralnego nie leczy się już kawą, tylko Twitterem.

A obok tego sport. Skoczek zdobywa medal, naród się cieszy, problemy na chwilę znikają. To też jest forma pijaństwa, tylko zbiorowego i społecznie akceptowalnego. Sukces przykrywa wszystko jak dobra whisky smak spirytusu. Przez moment jest ciepło, a potem znowu boli.

I tak siedzę na tej kanapie jak tetryk z przekonaniem, że świat pije nie dlatego, że jest słaby, tylko dlatego, że za dużo widział. Trzeźwość wymaga odwagi. Trzeźwość zmusza do myślenia. A my żyjemy w czasach, w których myślenie jest zajęciem niszowym. Łatwiej nalać sobie kolejny kieliszek narracji, propagandy albo sportowego sukcesu.

Whisky, polityka, rozum i pijaństwo krążą wokół siebie od wieków w tym samym tańcu. Zmieniają się etykiety, ustroje i nazwiska, ale mechanizm zostaje. Najpierw pijemy, potem decydujemy, a na końcu udajemy, że to nie alkohol mówił. I tylko kac, ten poranny, wtorkowy, pozostaje zawsze taki sam.

Dlatego jeśli ktoś dziś twierdzi, że da się zrozumieć świat na trzeźwo, to albo kłamie, albo jeszcze nie czytał porannego newslettera. A jeśli twierdzi, że whisky pomaga, to ma rację tylko częściowo. Pomaga nie myśleć. A myślenie, jak widać, od dawna nie jest w modzie.

I nagle w ten wtorkowy półsen wjeżdża Sejm. Cały na biało, a raczej w odcieniach kaca. Awantura, krzyki, trybuna zamieniona w bar po zamknięciu, gdzie wszyscy są oburzeni, że rachunek jednak trzeba zapłacić. Morawiecki wskakuje na mównicę jak klient, który właśnie sobie przypomniał, że to nie on stłukł kieliszek, tylko na pewno ktoś inny. Domaga się rozliczeń, oskarżeń, moralnej trzeźwości u przeciwników, samemu ledwo trzymając równowagę.

Kac polityczny ma to do siebie, że zawsze boli najbardziej tych, którzy dzień wcześniej pili najwięcej władzy. PiS wygląda dziś jak ekipa, która obudziła się na podłodze po wielkiej imprezie, rozgląda się po zdemolowanym mieszkaniu i krzyczy, że to na pewno sprawka sąsiadów. Ankiety bezpieczeństwa wręczane jak ulotki przed klubem, konferencje prasowe przypominające przesłuchania po trzeciej w nocy, narracja o rosyjskich wpływach wygłaszana przez ludzi, którzy przez lata karmili się polityką strachu i chaosu.

Czarzasty stoi w tym wszystkim jak barman, który mówi, że lokal już zamknięty, alkohol się skończył, a awantury niczego nie przykryją. Zapowiada pytania, nie ucieka, nie krzyczy. I to najbardziej drażni. Bo w polityce nic tak nie irytuje ludzi na kacu jak ktoś, kto wygląda na względnie trzeźwego. Zwłaszcza gdy przypomina, że Rada Bezpieczeństwa Narodowego to nie bazar, a państwo to nie speluna, w której krzykiem da się zagłuszyć fakty.

Cała ta sejmowa zadymka pachnie tym samym, czym pachniała prohibicja i wszystkie polityczne krucjaty moralne. Udawanym oburzeniem, instrumentalnym patriotyzmem i paniczną próbą odzyskania kontroli nad narracją. Gdy brakuje argumentów, podnosi się głos. Gdy brakuje wiarygodności, rozdaje się ankiety. Gdy brakuje rozumu, zawsze znajdzie się trybuna.

I tu dochodzimy do środy. Środa to dzień po wtorku. Dzień, w którym kac już nie jest zabawny, a żadne metafory nie pomagają. Środa to moment, w którym trzeba spojrzeć w lustro i przyznać, że problemem nie była whisky, tylko to, co się mówiło i robiło po jej wypiciu. W polityce środa przychodzi rzadko, bo większość woli żyć w wiecznym wtorku, dolewając sobie kolejnych kieliszków oburzenia.

A kac zostaje. Kac po kłamstwach, po nadużyciach, po awanturach udających troskę o państwo. Kac, którego nie da się zapić ani sportowym medalem, ani kolejną konferencją, ani teatralnym wskakiwaniem na mównicę. To kac, który boli całe społeczeństwo, bo pije zawsze nie tylko ten, kto trzyma kieliszek.

Więc siedzę dalej na tej kanapie i myślę, że może problemem nie jest to, że politycy piją metaforyczną whisky. Problemem jest to, że nigdy nie chcą doczekać do środy. Bo środa wymaga trzeźwości. A na trzeźwo bardzo wyraźnie widać, kto tu naprawdę narobił bałaganu.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights