
WTOREKOWE PRZESILENIE, CZYLI JAK PIS WALCZY SAM ZE SOBĄ I Z RYNKIEM NIERUCHOMOŚCI
Wtorek. Ten moment tygodnia, gdy wszyscy już zmęczeni, ale jeszcze nie mają odwagi przyznać, że to dopiero początek. A w polityce – wiadomo – wtorek to dzień, w którym jeden chce przejąć partię, drugi chce kupić dworek, a trzeci udaje, że wszystko jest pod kontrolą. I tak oto Polska znów staje się serialem, który sam siebie nie rozumie, ale ciągle ma nowe sezony.
Zacznijmy od PiS, bo tam wrze jak w czajniku bez pokrywki. Pytanie dnia: kto po Kaczyńskim? W skrócie – walka między Excelami Morawieckiego a różańcami Czarnka. Po jednej stronie technokraci z kalkulatorem i kawą bez cukru, po drugiej święci wojownicy z różańcem i obsesją na punkcie gender. Morawiecki udaje spokojnego bankiera, ale wygląda jak człowiek, który od trzech lat nie spał, bo ciągle liczy, czy partia jeszcze ma pieniądze. Czarnek natomiast buduje swoją armię w szkołach, gdzie marzy, że zamiast matematyki będzie „katecheza rozszerzona” i obowiązkowy przedmiot „Podstawy wdzięczności wobec ministra edukacji”.
Ziobro dalej marzy o państwie bez sądów, Patryk Jaki o Unii Europejskiej bez Polski, a reszta o stanowiskach bez odpowiedzialności. Jednym słowem – sukcesja w PiS to jak castingi do nowej telenoweli: każdy ma swoje role, ale nikt nie chce grać statysty. I jak to w telenoweli – nikt nie wie, który odcinek będzie ostatni, ale wszyscy już mają gotowe wspomnienia do wywiadu w TVP Historia.
Tymczasem Gliński ogłosił wielką konwencję PiS w Katowicach. Ma być 17 paneli i ponad 100 debat. W praktyce oznacza to 17 sposobów mówienia o tym samym i 100 sposobów, żeby się ze sobą nie zgodzić. Hasło „Myśląc: Polska” brzmi ambitnie, ale patrząc na dotychczasowe efekty ich „myślenia”, lepiej byłoby nazwać to realistycznie – „Zastanawiając się: Cośmy znów narobili?”. Kaczyński otworzy i zamknie konwencję – pewnie z obawy, że ktoś w środku przypadkiem powie coś sensownego. A Gliński, niczym harcmistrz wśród gwardzistów, ogłosi, że partia musi być „gotowa na wszystko”. I to akurat prawda – bo w PiS nigdy nie wiadomo, kto kogo wyrzuci, zanim skończą śpiewać hymn.
Ale crème de la crème wtorku to oczywiście historia z dworkiem. Jarosław Kaczyński chciał kupić Zajazd Napoleoński za 5 milionów, mimo że właściciele wycenili go na 12. Bo wiadomo – prezes uważa, że patriotyzm też powinien być formą zniżki. Chciał zrobić z tego muzeum Lecha Kaczyńskiego, a wyszedł klasyczny polski kabaret: spór o działkę, pozwy i urażoną dumę. Gdyby nie nazwiska, można by pomyśleć, że to nowy sezon „Ojca Mateusza: Wydział Nieruchomości”.
Właściciele mówią, że prezes się rozmyślił, a potem chciał wrócić z ofertą jak z wyprzedaży: „biorę za pół ceny, bo jestem z telewizji”. Teraz obie strony szykują pozwy, a dworek, zamiast być muzeum, stanie się pomnikiem narodowej nieudolności w negocjacjach. Scena idealna: Kaczyński z kalkulatorem w jednej ręce, w drugiej orzeł biały, i próbuje obniżyć cenę na podstawie argumentu „bo historia tego wymaga”.
Sprawa dworku to piękne streszczenie stylu PiS: dużo patosu, jeszcze więcej nieporozumień i przekonanie, że wszystko im się należy, bo mają rację od Boga i z urzędu. Problem w tym, że właściciele nieruchomości nie uznają „chwały narodowej” jako waluty. A jak wiadomo, marmur i złocenia nie zapłacą się same. W dodatku nikt nie wie, gdzie teraz prezes zamieszka podczas remontu – może w studiu TVP Info, wśród swoich ludzi, gdzie każda ściana mówi „tak, panie prezesie”.
W tle tego wszystkiego PiS szykuje się na wybory. Gliński mówi, że partia „chce być gotowa na każdą okoliczność”. To bardzo dobrze, bo okoliczności mają to do siebie, że PiS zwykle je przegrywa z własną inercją. Gdyby przygotowanie polegało na tym, by przestać kłócić się o schedę i nie próbować kupować dworków z rabatem patriotycznym, może coś by z tego było. Ale to PiS – oni potrafią przegrać nawet z własnym kalendarzem.
A gdzieś obok tego wszystkiego – rząd Tuska spokojnie robi swoje. Domański pokazuje tabelki, Sikorski błyszczy sarkazmem, a premier wygląda na człowieka, który już dawno zrozumiał, że jego największym atutem jest to, że nie jest z PiS-u. To taki kontrast, że aż wstyd, że działa.
WTOREK W PIGUŁCE:
- Morawiecki walczy o partię, Czarnek o dusze, a Jaki o własne pięć minut w internecie.
- Gliński planuje konwencję, która ma „zjednoczyć partię” – a zjednoczy co najwyżej memiarzy.
- Kaczyński chciał dworek, ale trafił na ludzi, którzy nie czytają Gazety Polskiej.
- Właściciele dworku mówią „nie”, a prezes myśli, że to tylko złośliwość niemieckiego kapitału.
- Polska patrzy, śmieje się i wie, że za tydzień będzie nowy odcinek tego samego serialu.
PiS przypomina dziś rodzinę, która w niedzielę kłóciła się o obiad, a we wtorek już rozdziela spadek po dziadku, który nadal żyje. Tyle że tu stawką nie są sztućce po babci, tylko państwo. I nikt nie zauważa, że z kuchni już się kopci.
WYCISZ TELEWIZOR, NIECH PREZES SIĘ NIE OBUDZI.

Dodaj komentarz