
Wtorek zaczyna się jak źle ustawiony budzik – niby dzwoni, ale człowiek nie ma pewności, czy to jeszcze sen, czy już rzeczywistość. Kawa stygnie szybciej niż optymizm, a wiadomości układają się w groteskowy kolaż, w którym powaga udaje powagę, a państwo udaje, że jeszcze panuje nad sytuacją. Polska stoi wyprostowana, ale tylko dlatego, że nie zauważyła, że pod nią już dawno nie ma podłogi.
Zacznijmy od liczb, bo liczby – w przeciwieństwie do polityków – nie mają potrzeby obrażania się na rzeczywistość. Główny Urząd Statystyczny ogłasza, że bezrobocie rośnie. W rejestrach – 955 tysięcy ludzi bez pracy. Stopa bezrobocia: 6,1 procent. Najwyżej od lat. W dwa miesiące przybyło 67 tysięcy osób. Tyle, ile potrzeba, żeby zapełnić miasto, w którym jedynym sektorem wzrostu jest rozczarowanie.
Ekonomiści mówią: „bez niespodzianki”. I to jest najuczciwsze zdanie, jakie padło w tej sprawie. Bo dziś niespodzianką nie jest pogorszenie sytuacji. Niespodzianką byłoby, gdyby ktoś coś z tym zrobił.
Mapa Polski wygląda jak mapa temperaturowa choroby. Warmińsko-mazurskie dobija do 10 procent, Wielkopolska utrzymuje się przy 4. Jedni tracą pracę szybciej, inni wolniej, ale wszyscy jadą tym samym pociągiem. Różnica polega tylko na tym, kto siedzi bliżej lokomotywy, a kto już w wagonie bez hamulców.
I dokładnie w tym momencie, gdy gospodarka zaczyna skrzypieć jak drzwi w opuszczonym domu, scena polityczna robi to, co potrafi najlepiej – zajmuje się sobą.
Karol Nawrocki rusza na Włodzimierza Czarzastego. Żąda wyjaśnień, ankiet bezpieczeństwa, powagi i odpowiedzialności. Brzmi to jak zapowiedź państwa silnego i czujnego. Problem polega na tym, że brzmi.
Czarzasty odpowiada krótko: niczego nie wypełni, nikogo nie przeprosi, a jeśli ktoś ma się sprawdzać, to może prezydent zacznie od siebie. I w tym jednym zdaniu zamyka się cała logika tej sytuacji – państwo sprawdza państwo, a obywatel sprawdza, czy jeszcze ma gdzie pracować. Nawrocki wygląda przy tym jak kierownik zmiany, który zgubił fabrykę, ale wciąż prowadzi kontrolę obecności.
W tle huczą stadiony. Kibice, jeszcze wczoraj polityczne zaplecze, dziś wieszają transparenty, których nie da się pomylić z listem gratulacyjnym. „Nie jesteś jednym z nas” – to już nie jest krytyka. To jest eksmisja z własnego elektoratu.
Do gry wchodzi Grzegorz Braun – jak zwykle wchodzi drzwiami, które ktoś zamknął właśnie po to, żeby nie wchodził. Broni kibiców, atakuje państwo, domaga się zmian prawa. W jego narracji państwo nie jest arbitrem. Jest przeciwnikiem. Braun zachowuje się jak człowiek, który podpala dom, a potem z powagą eksperta tłumaczy, że problemem jest jakość wody w hydrantach.
I nagle wszystko zaczyna się układać w jedną całość.
Bezrobocie rośnie. Państwo się kłóci. Elektorat się odwraca. A politycy – zamiast gasić pożar – stoją obok i dyskutują, kto pierwszy zauważył dym.
A nad tym wszystkim unosi się Donald Trump, który prowadzi politykę zagraniczną jak aukcję internetową. Najpierw grozi Iranowi bombardowaniem, potem wycofuje się z ultimatum, następnie ogłasza „świetne rozmowy”, których Iran nie potwierdza. Rynki reagują jak na sygnał tresera – ropa spada, giełdy rosną, wszyscy klaszczą.
I nikt już nie pyta, czy coś się naprawdę wydarzyło.
Bo dziś rzeczywistość nie jest tym, co się dzieje. Rzeczywistość jest tym, co ktoś ogłosi.
W takim świecie Polska próbuje znaleźć swoje miejsce – między Brukselą, Budapesztem a własnym brakiem konsekwencji.
Najbardziej niepokojące nie jest jednak to, że sytuacja jest zła.
Najbardziej niepokojące jest to, że przestaje robić wrażenie.
Bezrobocie rośnie – raport. Państwo się kłóci – konferencja. Świat się chwieje – wzrost indeksów.
Wtorek nie jest dniem kryzysu.
Wtorek jest dniem, w którym kryzys przestaje być wydarzeniem, a zaczyna być tłem.
A państwo, które uznało własną nieudolność za normalność, przestaje być państwem.
Zostaje tylko dekoracją, w której obywatele grają rolę statystów.
I coraz częściej bez pracy, ale za to w pełni świadomi, że nikt już nawet nie udaje, że ma plan.
A jeśli ktoś jeszcze wierzy, że to wszystko zmierza w jakimś kierunku, to tylko dlatego, że nie zauważył, iż kierownicę dawno wyrwano, a za sterami siedzą ludzie, którzy mylą państwo z megafonem – i jedyne, co potrafią prowadzić, to własną narrację prosto w ścianę.
A reszta? Reszta może co najwyżej zagłosować – albo na nich, albo na jeszcze gorszych, żeby było uczciwie.

Dodaj komentarz