WSPÓLNA CZERWONA LINIA – CZYLI JAK TRUP I CAR WYCIERAJĄ SOBIE TWARZE POKOJEM

Warszawa

Trump – zwany tu Trupem nie z powodu zgonu, lecz dlatego, że każdy jego pomysł ma zapach politycznego rozkładu – znowu wpadł na genialny plan. Spotka się z Putinem na Alasce. Tak, tej Alasce, gdzie niedźwiedzie polarne mają więcej empatii niż obaj panowie razem wzięci. Trump marzy o Pokojowej Nagrodzie Nobla, choć jego wersja „pokoju” wygląda jak promocja w sklepie z cmentarzami: „Kup kawałek cudzej ziemi, dostaniesz rozejm gratis”.

Putin natomiast, car-gangster w garniturze od krawca, zachowuje się jak rabuś, który wdarł się do domu, zabił psa, spalił kuchnię, a teraz grzecznie proponuje, że przestanie hałasować… jeśli właściciel odda mu jeszcze salon i łazienkę. Oczywiście w imię „wiecznego pokoju”.

Tymczasem Donald Tusk, w przeciwieństwie do powyższych egzemplarzy homo sapiens o wątpliwym mózgu, zachował się jak przywódca z kręgosłupem. Wraz z liderami Europy narysował „czerwoną linię” – nie taką z taniej farby, jaką lubi Trump, ale grubą, solidną, w stylu „przekroczysz – to masz kłopoty”. Europa powiedziała jasno: nie oddajemy ani centymetra Ukrainy w zamian za Putinowe obietnice, które są warte tyle, co rosyjska demokracja – czyli mniej niż papier, na którym je spisano.

Oczywiście Trup jest zachwycony rozmowami z carem. Dla niego Putin to taki kolega z boiska, co co prawda w przerwie kopnął piłkę w twarz sędziego, ale „generalnie fajny chłopak, tylko trzeba mu dać szansę”. Problem w tym, że ta „szansa” oznacza dla Putina tylko jedno – wziąć więcej, szybciej, bez konsekwencji.

To, co robi Tusk, to nie jest dyplomacja z folderu biura podróży. To jest twarda polityka w czasach, gdy do stołu siadają polityczne hieny w ludzkiej skórze. A Putin i Trump – choć różnią się fryzurą – mają ten sam głód: jeden marzy o cudzej ziemi, drugi o cudzej chwale.

Churchill powiedział kiedyś, że wybór między hańbą a wojną kończy się tym, że mamy i hańbę, i wojnę. Tusk zdaje się pamiętać te słowa. Trump i Putin – nigdy ich nie słyszeli, bo trudniej jest cytować mądrości, niż robić miny do kamer.

Jeśli więc ktoś jeszcze wierzy, że na Alasce spotkają się dwaj mężowie stanu, to niech się przygotuje na zawód. Spotkają się dwaj polityczni hochsztaplerzy, którzy będą wymieniać się uprzejmościami, jak złodzieje dzielący łup – tyle że łupem ma być cudze państwo.

I dlatego dobrze, że mamy w tej układance Tuska. Bo bez niego ta „czerwona linia” mogłaby się szybko zmienić w różową kreskę zmywaną pierwszym deszczem rosyjskiej propagandy.

A żeby było jasne, że Kreml wcale nie zamierza ograniczyć swojej chorej ekspansji, Putin wysłał do Królewca swojego ministra obrony – Biełousowa. Ten polityczny urzędnik od mokrej roboty zrobił inspekcję Floty Bałtyckiej, jakby chciał sprawdzić, czy wszystkie działa są naoliwione, a rakiety – skierowane w odpowiednią stronę. Wydał „szereg instrukcji” – co w języku Moskwy oznacza: „przygotujcie się, bo może być gorąco”.

To nie jest niewinna wycieczka nad morze. To sygnał wysłany wprost do Warszawy, Wilna, Rygi i Tallina: „patrzymy wam na ręce… i przez celowniki”. Królewiec to militarna kotwica Rosji w sercu NATO-wskiego akwenu, a każda taka „robocza wizyta” to kolejny krok w grze, w której stawką jest bezpieczeństwo Polski.

Bo Moskwa wie, że wojny nie zaczyna się od wielkiego huku – zaczyna się od przesuwania pionków na szachownicy, od testowania przeciwnika, od sprawdzania, czy w sojuszu nie ma pęknięć. A NATO musi teraz patrzeć uważniej niż kiedykolwiek. Bo jeśli ktoś jeszcze myśli, że Królewiec to problem Ukraińców – to już stoi w kolejce po własną lekcję historii.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights