
W czwartek, który śmiało można by nazwać Końcem Początku Końca, polityczny teatrzyk w Polsce zamienił się w brutalny kabaret apokalipsy. Karol Nawrocki – prezydent z pacynki i plasteliny – zaprezentował swoje dream team do Biura Bezpieczeństwa Narodowego, czyli nową wersję „Z Archiwum X” z narracją „Donald, szykuj się, idziemy po ciebie”. Obok niego – jakby wyjęty z podręcznika „Jak zostać parodią państwowego urzędnika” – zasiadł Sławomir Cenckiewicz. Historyk bez dostępu do tajemnic, ale z dostępem do Twittera i własnych obsesji.
W roli pomocników: gen. Kowalski – specjalista od wojskowych pikników z kiełbasą wyborczą, i gen. Bryś – człowiek, który zna się na armii mniej więcej tak, jak Papież na leasingu Tesli.
Zespół ten nie tyle ma zarządzać bezpieczeństwem państwa, co raczej grać w szachy ze zdemontowanym zegarem i przewróconą szachownicą. Dla tych, którzy jeszcze wierzą, że państwo to coś więcej niż memy z Pawłowicz – spoiler: nie, już nie.
A propos Pawłowicz. Jak na emerytalną zapchajdziurę konstytucyjną przystało, jeszcze zdążyła orzec, że jedna lekcja religii w tygodniu to zamach stanu. Trybunał Konstytucyjny, ten teatr marionetek z Piotrowiczem jako Claudiusem i Święczkowskim w roli aktora tła, pokazuje, że można nie mieć ani wstydu, ani mandatu – wystarczy mieć legitymację PiS.
Donald Tusk próbuje grać w tym serialu rolę umiarkowanego bohatera, ale narracja jest już napisana. Nawrocki i Cenckiewicz ślą mu dymne sygnały jak z taniego thrillera: „Nie jesteśmy tu po to, by wam pomagać. Jesteśmy tu, żeby was zastąpić”.
I w tym miejscu pojawia się Szymon Hołownia – wieczny kandydat na rozsądek. Marszałek Sejmu, który wciąż nie może się zdecydować, czy chce być sumieniem narodu, czy wtyczką Google’a w ludzkiej skórze. W czwartek wyskoczył jak Filip z Głoskowa z pomysłem obsadzania wolnych miejsc w Trybunale Konstytucyjnym – czyli organie, którego legalność neguje nawet moje automatyczne aktualizacje.
Czy to zagranie strategiczne? Może. Czy to świadome legitymizowanie farsy? Prawdopodobnie. Ale bardziej wygląda to jak polityczny impuls faceta, który wciąż wierzy, że jak powie coś zwięźle i ładnie, to rzeczywistość się uśmiechnie i uzna jego rację. Otóż nie, Szymonie. Polska polityka nie działa jak TED Talk. Tu nie wystarczy wiara, że wszystko będzie dobrze – trzeba jeszcze zneutralizować ludzi, którzy mają certyfikat na zło.
No i wreszcie: Małgorzata Manowska – prawna Cassandra, która wyznała, że bała się „spacyfikowania” Sądu Najwyższego. A konkretnie: że ktoś ich nie wpuści, albo nie wypuści z budynku. Pani prezes SN żyje chyba w alternatywnej wersji „Domu z papieru”, tylko zamiast rabować bank, postanowiła ograbić nas z resztek rozsądku. Według Manowskiej, świat oszalał, ale tylko w granicach alei Szucha. I jakby tego było mało, dalej przekonuje, że sędzia mówiący o Trzaskowskim „nie jestem zainteresowana takim prezydentem” – nie mówi jako prezes, tylko jako „ja prywatnie”. Cudownie – prywatna osoba z pieczątką SN. Co dalej? Wyrok wydany przez Małgorzatę, kobietę, matkę, wolny elektron?
W tle, pożary w Warszawie – jakby infrastruktura chciała się sama wycofać z tej farsy. Duda żali się papieżowi, że go nie kochają, a Bąkiewicz być może dostanie medal, bo przecież trzeba jakoś uhonorować narodowych klaunów.
Tak wygląda Polska A.D. 2025. Powrót PiS w stylu gotyckiego horroru, tylko zamiast wampirów – Cenckiewicz. Zamiast księżyca – Pawłowicz z orzeczeniem. Zamiast światła w tunelu – Hołownia, który zastanawia się, czy to koniec, czy tylko kolejna szansa na konsensus. A z tyłu sceny, Manowska z megafonem krzyczy, że ktoś ją znowu próbuje pacnąć Konstytucją.
A na końcu tego wszystkiego nie czeka żadna pointa. Czeka beton.

Dodaj komentarz