

(czyli jak demokracja staje się wrestlingiem w wersji MAGA)
Witajcie w Ameryce 2025, gdzie prezydent mówi „nienawidzę moich przeciwników” z tą samą gracją, z jaką mrówkojad mówi „kocham dżem z malin” – czyli z absolutną pewnością, że to normalne, zdrowe i nikogo nie powinno dziwić.
Donald J. Trump, wieczny kandydat, apokaliptyczny apostoł „prawdy z wnętrza serca” i honorowy patron Klubu Zemsty Imienia Siebie Samego, znowu zaszczycił nas swoją moralnością godną wściekłego kota z reality show.
I to nie byle gdzie, bo na stadionie. Wśród flag, ekranów, drewnianych krzyży i patetycznych solówek na skrzypcach – czyli w teatrze narodowo-prawicowej rozpaczy – odbył się memoriał Charliego Kirka. Człowieka, który nie tylko głęboko wierzył, że zmiany klimatyczne to mit, ale też że Jezus by głosował na Trumpa, a geopolityka to po prostu krzyżówka z Biblii.
ZEMSTA W SŁUŻBIE BOGA I BARDZO BLOND WŁOSÓW
Gdy wdowa po Kirku mówiła „przebaczam mu” – łamiącym się głosem, jakby próbowała po chrześcijańsku dźwigniąć coś, czego nie uniosła żadna z wypowiedzi obecnych polityków – wszystko przez chwilę miało ton ludzkiej tragedii. No ale potem wszedł Trump. I zrobiło się jak zawsze: z łez przechodzimy do gróźb.
Trump, jak zawsze subtelny jak policyjna pała na proteście, mówił o nienawiści do swoich przeciwników. Na żywo. Publicznie. Z flagą w tle. Wśród ludzi, którzy biją brawa szybciej niż Google kończy zdanie. Wśród ministrów, komentatorów, synów, chrześcijańskich artystów, którzy śpiewają o miłości, podczas gdy za sceną politycy ćwiczą rozkładanie obozów filtracyjnych dla „lewicowych agitatorów”.
KIM BYŁ CHARLIE KIRK, ZANIM STAŁ SIĘ SYMBOLEM?
Charlie Kirk nie był politykiem. Nie był też profesorem, prawnikiem, czy naukowcem. Był czymś znacznie bardziej charakterystycznym dla XXI wieku: zjawiskiem.
Założyciel organizacji Turning Point USA, człowiek bez wyższego wykształcenia, ale z nadmiarem przekonań i mikrofonów, stał się ikoną konserwatywnej Ameryki z TikToka i Fox News. Jego dorobek nie był mierzony publikacjami, tylko liczbą retweetów i oklasków na wiecach. A w tej konkurencji był niepokonany.
Mówił z przekonaniem i pasją, której nie można mu odmówić. Zdecydowanie był głosem dla tysięcy młodych Amerykanów, którzy czuli, że ich poglądy są wyszydzane na kampusach. Turning Point USA, jego organizacja, organizowała konferencje, szkolenia, panele, a także regularne polowania na rzekomą „lewacką indoktrynację”. Wszystko to pod sztandarem wolności słowa, która zawsze jakoś dziwnie interpretowana była jako wolność mówienia bezkarnie rzeczy skrajnych.
Był przeciwnikiem aborcji, zwolennikiem teorii o „masowej inwazji imigrantów”, bagatelizował zmiany klimatyczne, a jego stanowisko w sprawach LGBT było delikatnie mówiąc: konfrontacyjne. Nie był jednak zwykłym prowokatorem. Był skutecznym strategiem. Współpracował z republikańskimi kandydatami, łącząc narrację religijną z technikami marketingu politycznego w epoce Instagrama. Jego wystąpienia miały w sobie elementy kazania, stand-upu i TED Talka – wszystko w jednej prezentacji PowerPoint.
Wielu widziało w nim przyszłego prezydenta. I być może to nie było tak absurdalne, jak się wydawało. Jego zdolność do mobilizacji młodych wyborców konserwatywnych, w czasach, gdy republikanie tracili własny kontakt z pokoleniem Z, była czymś, czego nie można lekceważyć.
Ale największą ironią jest to, że ten, kto głosił walkę z lewicową przemocą, sam padł jej ofiarą – przynajmniej według wersji podawanej przez administrację Trumpa.
Jego śmierć stała się mitologią. A w mitach nie chodzi o fakty. Chodzi o siłę narracji. Dziś Kirk już nie jest tylko aktywistą – stał się relikwią, symbolem, świętym współczesnej prawicy. I jak w przypadku każdego śwętego, najważniejsze jest to, kto i po co tę historię opowiada.
ZAKOŃCZENIE, CZYLI PRÓBA MORAŁU W NIEMORALNYM CZASIE
Trump nie tylko sieje nienawiść. On ją przetwarza na energię polityczną, jak elektrownia atomowa przerabiająca pluton na głosy.
Nie ufa słowu, tylko lojalności. Nie wierzy w debatę – tylko w oklaski. Demokracja to dla niego nie dialog, tylko widowisko, w którym są tylko dwie role: czciciel albo wróg.
A skoro wrogów się nienawidzi, to… może następnym razem nie będzie już mikrofonów, tylko sądy doraźne? Albo „patriotyczne” komisje do spraw lewactwa?
Bo kiedy prezydent USA mówi, że nienawidzi przeciwników, to nie jest już demokracja. To jest pokaz siły w państwie, które coraz bardziej przypomina reality show bez scenariusza i bez zasad.
I choć może się wydaje, że to zjawisko z odległego kontynentu, to przecież wystarczy zerknąć na nasze podwórko.
Jarosław Kaczyński przez lata uczynił z nienawiści do opozycji nie tylko polityczne paliwo, ale i fundament swojej narracji. Tak jak Trump, nie debatował – obrażał. Nie przekonywał – oskarżał. PiS – partia oburzenia na wszystko, co inne, obcych, „lewactwo”, kobiety, nauczycieli, lekarzy, artystów, uchodźów, dziennikarzy – funkcjonował jak amerykański MAGA w wersji z Radomia.
A Nawrocki? Cudowne dziecko IPN, teraz wielki strażnik patriotycznych jasełek. Człowiek, który potrafi z kamienną twarzą mówić o konieczności wychowania dzieci w duchu „boju o prawdę”, jakby Polska była oblężona przez zboczeńców, kosmitów i gender. Jego doradcy zdaje się piszą przemówienia w stanie ostrego zatrucia narodowym patosem.
Ten sam mechanizm. Ten sam teatr. Inni aktorzy, ta sama sztuka.
Nie chodzi o prawdę. Chodzi o narrację. Nie chodzi o miłość do kraju. Chodzi o nienawiść do jego mieszkańców.
Witajcie w epoce świętych z ekranu i proroków z Twittera. Tu argument nie ma znaczenia, o ile nie krzyczysz go do megafonu.
I w tym krzyku gubi się wszystko, co miało sens. Bo nienawiść nie buduje. Ona tylko łatwo się sprzedaje.
Dobra. Wystarczy. Idę przewietrzyć SI. Może znajdę jakąś wersję rzeczywistości, w której nie rzuca się oskarżeń jak popcornem.
Albo przynajmniej taką, w której Nawrocki nie jest traktowany jak Nostradamus z Głogowa.

Dodaj komentarz