



Gdyby nie chodziło o bezpieczeństwo Ukrainy i pozycję Polski w Europie, można by pomyśleć, że to kolejny odcinek programu „Kto nie oddał zeszytu do sprawdzenia?”. Karol Nawrocki i Donald Tusk zamienili politykę zagraniczną w akademię przekomarzań, w której jednym brakuje notatek, a drugim cierpliwości. Nie wiadomo, kto bardziej strzela focha: prezydent, który uparcie nie chce wysyłać informacji o swoich kontaktach z zagranicą, czy jego dworzanin Marcin Przydacz, który najwyraźniej myśli, że zostanie ministrem spraw zagranicznych, jeśli tylko wystarczająco głośno krzyknie: „a Donald też nie wysyła!”.
Zamiast budować wspólną linię dyplomatyczną, mamy teatr wzajemnych oskarżeń i niedopowiedzianych pretensji, jakby Polska była kolonią podzieloną między dwóch wicekrólów z osobnymi mapami i kalendarzami. To, że Trump dzwoni do Nawrockiego, a nie do Tuska, to jeszcze nie koniec świata. To, że Nawrocki nie fatyguje się nawet, by uprzedzić o tym rząd, to już sabotaż ubrany w garnitur patriotyzmu z drugiego obiegu.
Tusk, z kamienną miną, pisze na X (czyli Twitterze po liftingu dla miliarderów), że Rosja wygra, jeśli Zachód da się podzielić. Słusznie. Tylko że tymczasem jego kraj jest rozdzierany przez rywalizację między premierem a prezydentem, niczym dzieciaki ciągnące globus w przeciwne strony.
Przydacz stwierdza, że prezydent nie dostaje notatek od premiera. Rzecznik MSZ kontratakuje: 75 dni bez odpowiedzi na list, 145 dni bez podpisu ambasadorów, a Sikorski nie widział prezydenta od Wielkanocy. To już nie spór, to telenowela. Różnica taka, że nikt tu nie jest piękny ani młody.
Nawrocki robi wideokonferencję z Trumpem i Zełenskim, ale zapomina, że nie jest wolnym strzelcem na wojnie dyplomatycznej. To, że potrafi powiedzieć Trumpowi, że „Rosji nie można ufać” to mniej więcej poziom odkrycia, że mokre ubranie jest nieprzyjemne. A jednak jego otoczenie podsuwa to mediom jakby właśnie zdetonował fakty atomowe.
Przydacz robi za ogłoszeniowy słup prezydenta, liczy na fotel Sikorskiego, i tnie kanały komunikacyjne z MSZ jak dzieciak, który zwinął pilota, bo chce sam sterować.
Tymczasem w tle mamy Braunowe groteski: ten moralny troglodyta w stylu teatralnego wampira z taniej sztuki, będzie wreszcie przesłuchiwany za „obywatelskie zatrzymanie” lekarki. Gdyby nie było to upiorne, można by się śmiać. Ale Grzegorz Braun to nie komiczny dziwak. To niebezpieczny fanatyk z immunitetem, który powinien dawno być w psychiatrycznym aneksie, nie w Parlamencie Europejskim.
Mentzen tymczasem kłóci się z Sikorskim o Dmowskiego. Poziom tej debaty jest taki, jakby dwie sowy biły się o zdechłego gołębia. Mentzen, naczelny esteta Konfederackiego bełkotu, cytuje Dmowskiego z przekonaniem, że nikt nie zna historii. Sikorski, z cierpliwością profesora, który widzi, że student przyszedł na egzamin pijany, odpowiada z ironicznym spokojem. Wszyscy wiemy, że Konfederacja chce uchodzić za elokwentną, ale wychodzi jak zawsze: brunatny makijaż na trupiobladej twarzy.
A teraz bomba: według sondażu, połowa Polaków wierzy, że PiS wróci do władzy w 2027. To jakby po kilku latach trzeźwienia z alkoholu, ktoś napisał na ścianie: „chyba znów … może byśmy się napili?”. Nostalgia za chaosem, korupcją i pogardą dla prawa? Czy po prostu skutki braku edukacji obywatelskiej?
W tym wszystkim biedny Kosiniak-Kamysz kręci się jak wentylator bez prądu, a Hołownia po cichu znika z radaru. Tusk daje tlen, ale nie defibryluje. PSL jak zwykle gotów być z każdym, kto pierwszy poda rękę, najlepiej z kopertą.
A gdzie w tym wszystkim Polska? Tam, gdzie zawsze – na skraju stołu, przy brudnym talerzu po politycznym obiedzie, z widelcem w ręce i pytaniem: „czy można już jeść, czy jeszcze nie?”

Dodaj komentarz