



Środek tygodnia, środek kawy, środek jajecznicy – a tu znowu historia wali w nasze drzwi, jak niegdyś sowiecki czołg 17 września 1939 roku. Tyle że dziś zamiast T-26 podjeżdżają pod okna fake newsy, memy i rosyjskie drony, a w ich cieniu rodzi się pytanie: kto w Polsce naprawdę walczy o bezpieczeństwo, a kto bełkocze o „niewciąganiu się w cudzą wojnę”.
Cios w plecy, czyli stara szkoła Moskwy
86 lat temu Stalin wszedł do Polski pod pretekstem „ochrony” Białorusinów i Ukraińców. Klasyka: agresję opakować w język troski. Wtedy – czołgi, dziś – trolle internetowe i „analitycy” opowiadający, że Ukraińcy nas wykorzystują. Sowiecki ambasador w Moskwie podawał rękę, a w tym samym czasie Armia Czerwona przekraczała granicę. Dziś Putin uśmiecha się w propagandowych wywiadach, a jego boty rozlewają w sieci narrację, że to Polska winna „prowokuje”.
Tak jak 17 września 1939 roku skończył się mit „neutralności” Moskwy, tak dziś skończył się mit, że można ignorować dezinformację. Bo cios w plecy nie zawsze przychodzi z lufy – czasem przychodzi z Facebooka.
Dezinformacja jako broń masowego rażenia
Jak słusznie zauważają mądrzejsi od Nawrockiego – walka z rosyjską dezinformacją to nie hobby, tylko kwestia przetrwania. Nie można jednocześnie mówić, że Ukraina nas „wciąga w wojnę” i domagać się miliardowych wydatków na obronę. To logika na poziomie: „nie będę jadł obiadu, bo jestem głodny”. Tymczasem prawica gra emocjami – raz strasząc Ukraińcami, raz idealizując „bohaterstwo Polaków”, pomijając te mniej wygodne fakty, jak to, że Ulmów wydali ich własni sąsiedzi. Pamięć traktowana jak plastelina.
Ale pamięć nie jest plasteliną. To fundament – i jeśli teraz pozwolimy, by fałsz dominował, później nie odkręcimy tej krzywizny.
Ukraińska pamięć i nasze obowiązki
W Ukrainie od trzech lat trwa pełnoskalowa wojna, a od jedenastu lat giną ludzie, którzy bronią wolności. Tam powstają archiwa pamięci: tysiące historii zapisanych po to, żeby ofiary nie były tylko liczbą w statystykach. Bo za każdą liczbą jest człowiek, dom, rodzina – i to właśnie jest cena wolności. „Pamięć nie jest prywatnym portretem na szafce – to doświadczenie zbiorowe” – mówi jedna z inicjatorek Memoriału. I ma rację. To doświadczenie buduje odporność, spaja społeczeństwo, daje siłę do dalszej walki.
W Polsce to też powinno być jasne: sprzymierzeńcem jest Ukraina, wrogiem jest Rosja. Kto tego nie rozumie – świadomie lub nie – gra w drużynie Putina.
Państwo odpowiedzialne, media odpowiedzialne
Dziś Tusk i jego rząd, w odróżnieniu od ślepej prawicy, wiedzą, że obrona to nie tylko czołgi, ale i fakty. Dlatego MON, premier, wojsko i dyplomacja pracują nad realnym bezpieczeństwem – od ćwiczeń wojskowych, przez relacje z Zachodem, po jasne komunikaty wobec obywateli. Odpowiedzialność polega na tym, by nie podsycać histerii, tylko tłumaczyć i uczyć się reagować.
Media i politycy mają w tym swój egzamin. Kto dla klikalności wrzuca fake newsy, kto buduje karierę na resentymentach – ten ryzykuje bezpieczeństwem własnego kraju. To tak, jakby w 1939 roku ktoś rozstawiał billboardy z hasłem: „Sowieci to przyjaciele”.
Podsumowanie na dziś?
17 września przypomina, że cios w plecy to nie metafora, tylko realna praktyka rosyjskiej polityki. Dziś te same metody stosuje Putin, tylko narzędzia są nowocześniejsze. Dlatego trzeba pamiętać, mówić prawdę i wspierać Ukrainę. Bo to nie „ich wojna”. To nasza wspólna walka o to, by historia nie powtarzała się jak głupi żart.
Smacznego śniadania – do kawy można dorzucić rogalika, ale proszę, żadnych fake newsów.

Dodaj komentarz