
Spróbujmy opowiedzieć chaos tak, żeby miał sens. Usiądź wygodnie, bo to jest ten moment, w którym państwo prawa zaczyna przypominać instrukcję składania mebli z Ikei — tylko że ktoś wyrzucił połowę śrubek i twierdzi, że tak miało być.
Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda banalnie. Sędziowie Trybunału Konstytucyjnego zostali wybrani przez Sejm. Powinni złożyć ślubowanie. Składają ślubowanie. Koniec historii. Można wracać do domu, zaparzyć herbatę i udawać, że państwo działa.
Ale nie. Bo w Polsce nic nie może być proste, jeśli tylko da się to zamienić w groteskę. Cała awantura rozbija się o jedno słowo: „wobec”. Nie o konstytucję. Nie o zasady ustrojowe. Nie o wielkie idee. O jedno, biedne, samotne „wobec”, które zostało rozciągnięte jak guma do granic wytrzymałości, aż w końcu zaczęło służyć jako narzędzie politycznej akrobatyki. Jedni mówią: „wobec” znaczy „w obecności”. Czyli bez prezydenta ani rusz. Nie ma prezydenta, nie ma ślubowania, nie ma sędziego, nie ma problemu — poza tym, że problem jest ogromny, ale udajmy, że go nie ma. Drudzy mówią: „wobec” znaczy „w stosunku do”, „w odniesieniu do”, „skierowane do”. Czyli możesz złożyć ślubowanie, nawet jeśli prezydent akurat zajmuje się czymś ważniejszym, jak na przykład… nieprzyjmowaniem ślubowania.
I w tym miejscu normalne państwo powiedziałoby: sprawdźmy, co mówi konstytucja. Ale my nie jesteśmy normalnym państwem w tej historii. My jesteśmy państwem, które uznało, że interpretacja prawa to sport ekstremalny. Konstytucja mówi rzecz zaskakująco prostą: sędziów Trybunału wybiera Sejm. Kropka. Nie „Sejm plus prezydent”. Nie „Sejm, o ile prezydent ma dobry dzień”. Sejm. Prezydent w tej układance ma rolę ceremonialną. Ma umożliwić złożenie ślubowania. Pomóc. Ułatwić. Nie selekcjonować. Nie blokować. Nie urządzać castingu na sędziego roku.
Tylko że ktoś w pewnym momencie uznał, że ceremonialna rola to świetna okazja, żeby zostać reżyserem całego spektaklu. I nagle zaczyna się magia. Prezydent nie przyjmuje ślubowania, bo ma wątpliwości. Jak długo? Nie wiadomo. Może tydzień. Może miesiąc. Może do końca świata i jeden dzień dłużej.
Jego urzędnicy tłumaczą, że to wszystko w imię prawa, które właśnie zostało rozciągnięte tak, że przypomina bardziej plastelinę niż system norm. Z drugiej strony sędziowie mówią: skoro nie ma współpracy, to robimy plan B. Składamy ślubowanie w Sejmie, podpisujemy, przekazujemy prezydentowi. Robimy wszystko, co trzeba, tylko bez udziału człowieka, który postanowił nie uczestniczyć.
I tu następuje moment, w którym logika wychodzi z pokoju. Bo nagle słyszysz, że złożyli ślubowanie, więc… nie złożyli ślubowania. Że są sędziami, więc… nie są sędziami. Że wykonali obowiązek, więc… właśnie się go zrzekli.
To jest poziom argumentacji, przy którym nawet uczeń pierwszego roku prawa zaczyna nerwowo przeglądać podręcznik, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie przegapił rozdziału pod tytułem „Rzeczywistość opcjonalna”.
A potem wchodzi trzeci akt tej komedii, czyli groźby. Jedni zapowiadają zawiadomienia do prokuratury, bo ktoś ośmielił się zorganizować ślubowanie bez odpowiedniego scenariusza. Drudzy zapowiadają konsekwencje dla prezesa Trybunału, bo uznał, że sędziowie istnieją tylko wtedy, gdy dostanie odpowiedni sygnał od prezydenta.
I nagle wszyscy wszystkim grożą, wszyscy mówią o prawie, wszyscy powołują się na konstytucję, a konstytucja siedzi w kącie i wygląda, jakby chciała zapytać: „czy wy mnie w ogóle jeszcze czytacie, czy tylko cytujecie fragmenty, które wam pasują?”.
Więc o co tak naprawdę chodzi w tym całym zamieszaniu? Nie o słowo „wobec”. To tylko pretekst. Chodzi o to, kto ma realną kontrolę nad Trybunałem. Kto będzie miał większość. Kto będzie decydował, co jest zgodne z konstytucją, a co nie. Czyli — w uproszczeniu — kto będzie miał władzę nad tym, co w Polsce jest legalne.
I nagle wszystko staje się bardzo proste. Nie chodzi o język. Nie chodzi o procedury. Nie chodzi nawet o prawo. Chodzi o władzę.
Prawo jest tylko narzędziem, które jedni próbują stosować, a drudzy — interpretować tak długo, aż przestanie stawiać opór. I tu dochodzimy do najzabawniejszego, a jednocześnie najbardziej ponurego momentu tej historii. Bo każdy uczestnik tego sporu twierdzi, że broni państwa prawa. Każdy. Naprawdę imponujące, jak wiele osób może jednocześnie bronić tego samego państwa, ciągnąc je w przeciwnych kierunkach.
I ty teraz patrzysz na to wszystko i myślisz: to kto ma rację? A ja ci odpowiem w sposób, który pewnie cię rozczaruje, bo nie ma w nim prostego bohatera i prostego złoczyńcy.
Prawo w tej sytuacji jest dość jasne. Problem polega na tym, że przestało być wystarczające. Bo jeśli system zakłada współpracę, a dostaje sabotowanie, to nie działa. I wtedy zaczyna się improwizacja. A improwizacja w państwie prawa to trochę jak operacja na otwartym sercu wykonywana przez ludzi, którzy kłócą się o instrukcję.
I tak właśnie wygląda dziś ten spór. Nie jako wielka bitwa o konstytucję. Tylko jako przeciąganie liny, w którym lina już dawno zaczęła się pruć. A ty, mój drogi odbiorco tej narodowej farsy, stoisz z boku i próbujesz zrozumieć, co się dzieje.
Spokojnie. Nie jesteś problemem. Problem polega na tym, że to, co się dzieje, przestało mieć sens. I niestety — to jest jedyna rzecz w tej całej historii, która jest całkowicie konsekwentna.

Dodaj komentarz