WIOSNA W CZASACH WĘGLOWEJ APOKALIPSY, LOTNICZEGO ARMAGEDONU, BRAUNOWEJ FANTASMAGORII I INNYCH PRZYJEMNOŚCI ŻYCIA

Warszawa

Wiosna przyszła cicho, choć niosła ze sobą energię, która potrafi poderwać z fotela nawet najbardziej zrezygnowanego człowieka. Przyszła do Toronto, gdzie szesnaście stopni w marcu pachnie jak drobny cud – choć wiatr, z natury złośliwy, przypomina, że cud musi mieć swoją kontrolę jakości. Przyszła też do Polski, skąd powoli ustępuje zimowy brud, sól i skrzypiący mróz. Wiosna zawsze odsłania prawdę: o ludziach, o świecie, o bałaganie, który przez miesiące zamiataliśmy pod śnieg.

Ale polityka nie zna pór roku. Polityka trwa w wiecznym listopadzie – mglistym, klejącym, pełnym krzyku, w którym każdy dokument pachnie wilgocią, a każde zdanie wymaga grubego szalika. Dlatego gdy ludzie zaczęli łapać pierwsze promienie słońca, pojawił się Przemysław Czarnek i, jak to on, postanowił przywrócić kraj do epoki, w której węgiel był nie tylko paliwem, lecz religią, a jego czarna bryła pełniła funkcję świętego obrazu.

Czarnek – pretendent do fotela premiera w państwie równoległym – opowiada, że Polska nie potrzebuje żadnych OZE, żadnych wiatraków, żadnych farm słonecznych. Wszystko to dla niego „OZE‑sroze”. Potrzebny jest tylko węgiel, nasz węgiel, jak mantra powtarzana przez kogoś, kto pomylił rzeczywistość z muzeum przemysłu ciężkiego. Problem w tym, że sam korzysta z fotowoltaiki – a gdy światło padło na jego panele, zaczął je gorączkowo demontować, jakby były kompromitującymi zdjęciami z młodości.

Ale Czarnek to nie tylko węgiel. To cały pakiet światopoglądowy z czasów, których nie da się już odtworzyć. To jego wieloletni atak na kobiety, których miejsce widzi przy kołysce, a nie w decyzjach o własnym życiu. To jego obsesja na punkcie osób LGBT+, którym odmawia godności, jakby mówił w imieniu całego kraju, a nie tylko partyjnej frakcji, która boi się tęczy bardziej niż smogu. To wreszcie jego granty, darowizny i dotacje, które dziwnie często trafiały w rejony, gdzie pojawia się nazwisko Czarnek – jego żony, jego środowiska, jego ulubionej uczelni. Wiosna odsłania wszystko, również te powiązania.

Wiosna odsłania jednak także innych bohaterów – takich jak Grzegorz Braun, polityk, który wciąż udowadnia, że absurd nie ma dna. Braun spotyka się z partiami w Indiach, które nie tylko nie mają nic wspólnego z chrześcijaństwem, ale wręcz otwarcie się mu przeciwstawiają. Gdyby to zrobiła jakakolwiek osoba spoza jego elektoralnej bańki, Braun krzyczałby o „zdradzie cywilizacji Zachodu”, „zagrożeniu duchowym” i „końcu moralności”. Kiedy robi to on – to rzekomo strategia. W praktyce wygląda to jak polityczny cha-cha tańczony na beczce z kapustą.

I jakby tego było mało, Braun marzy, by stać się polskim komandorem chaosu. W każdym kryzysie widzi szansę dla siebie i swojej Korony – organizacji, która przypomina gwardię przyboczną ideologii zbudowanej na sprzecznościach. Kiedy wojna podnosi ceny ropy, Braun nie widzi globalnej zależności energetycznej – on widzi spisek Amerykanów. Kiedy tankowce zatrzymują się w cieśninie Ormuz, on widzi powód, by wrócić do rosyjskich rurociągów. I zawsze znajdzie posłuch u tych, którzy najbardziej boją się zmian.

Tymczasem prawica traci grunt pod nogami, jakby próbowała biec po lodzie, który topnieje wraz z każdym kolejnym sondażem. Eksperci mówią jasno: dodawanie poparcia PiS i obu Konfederacji nie ma sensu, bo to nie są siły, które ze sobą współpracują. Braun nie wejdzie do rządu Kaczyńskiego, Mentzen nie chce wchodzić pod żaden sztandar oprócz własnego, a sam PiS walczy dziś bardziej o przetrwanie niż o zwycięstwo. Nawet szanse na listę Morawieckiego brzmią jak kabaretowy żart, bo jedyne, co dziś łączy prawicę, to wzajemna niechęć.

W tym samym czasie świat drży. Na rynkach surowcowych ceny ropy wystrzeliły jak rakieta, która pomyliła orbitę. Baryłka przebiła poziom 119 dolarów – pierwszy raz od 2022 roku – i choć po kilku godzinach spadła do 102–105 dolarów, panika rozlała się po giełdach jak rozgrzany olej. Wojna USA i Izraela z Iranem sparaliżowała transport w Zatoce Perskiej, a blokada Cieśniny Ormuz zastopowała jedną piątą światowych dostaw ropy. Tankowce stoją, kapitanowie czekają, a ceny wchodzą w fazę trzycyfrowego oddechu. Eksperci mówią o miesięcznym wzroście rzędu 50 procent. Iran ostrzega świat: „Skutki będą ogromne i długotrwałe. Upadek globalnych gospodarek jest możliwy”. A w tle płyną sygnały, że G7 i IEA mogą uwolnić rezerwy strategiczne, próbując poskromić naftowego potwora.

Tymczasem w Europie – przynajmniej oficjalnie – panuje spokój. Rzeczniczka Komisji Europejskiej Anna‑Kaisa Itkonen mówi, że dostawy są zdywersyfikowane, nie ma zagrożenia niedoborem, jedynie „wysokie ceny budzą niepokój”. Mówi to tonem osoby, która próbuje ugasić pożar słowami, choć wszyscy widzą, że pali się dach. Wojna w Iranie rozcina niebo nad Bliskim Wschodem jak błyskawica, która nie zamierza odejść. Samoloty zawracają, ludzie utknęli na lotniskach, trasy się skracają i wydłużają, a turystyka przeżywa deja vu z czasów pandemii. Nagle Dubaj staje się miejscem, gdzie lepiej spać w łazience niż w designerskim łóżku. Linie lotnicze modlą się o stabilizację, a ludzie zamieniają bilety szybciej, niż politycy zmieniają sojusze.

Wojna dotyka wszystkich. Dotyka też kieszeni. W Polsce zaczyna się teatr obwiniania. Ceny paliwa rosną, więc PiS natychmiast wskazuje winnego – Donalda Tuska. Czarnek, w przerwie między demontażem własnych paneli a głoszeniem węglowej ewangelii, ogłasza projekt czasowego obniżenia VAT i akcyzy. Mówi o państwie, które nie może „łupić obywatela”, choć przez osiem lat łupiło ich z gorliwością mistrza. Jarosław Kaczyński – niczym prorok z własnego podwórka – oznajmia, że paliwo „miało być po 5,19 zł, a jest prawie po 8 zł”, i że to celowa polityka rządu. W jego narracji globalne konflikty, blokady szlaków morskich i ataki rakietowe nie istnieją. Istnieje tylko Tusk i jego rzekomy spisek przy dystrybutorze.

Marcin Przydacz dodaje swoje trzy grosze, zarzucając rządowi brak przygotowania, jakby ktokolwiek – poza jasnowidzem albo profesjonalnym wróżem – mógł przewidzieć skalę i tempo irańskich ataków na infrastrukturę regionu.

Tusk odpowiada spokojnie, przypominając, że paliwa nie zabraknie, choć nikt nie wie, co będzie, jeśli wojna się przedłuży. Mówi jasno: „Tylko inny Donald ma realny wpływ na ceny ropy na świecie”. I tym innym Donaldem jest Trump – człowiek, który uważa, że trzycyfrowe ceny ropy to „niewielka cena za bezpieczeństwo” i że „tylko głupcy myślą inaczej”. To właśnie on decyduje dziś, czy otworzyć kurek globalnego rynku, czy dokręcić go jeszcze mocniej. Informatyk martwi się, że sprzęt z Chin nie dojedzie na czas. Kobieta boi się, że nie otrzyma soczewek z Malezji. Inna osoba – że nie wróci z Azji, choć miała tylko krótką przesiadkę. Każda historia brzmi, jakby świat nagle odwrócił mapę i zapytał człowieka: „No i co teraz zrobisz?”.

A nad tym wszystkim unosi się Donald Trump, jak wielka pomarańczowa chmura absurdów, która potrafi zaciemnić nawet najbardziej słoneczny dzień. Jego decyzje są jak rzucone z wiatrem petardy – nikt nie wie, gdzie spadną, ale wiadomo, że zrobią huk. Trump rozpętuje konflikty, które potem karmią dezinformację, kryzysy paliwowe, strach i populizm. I za każdym razem mówi, że to nie jego wina. Takich cudów nie potrafi nawet prorok z Torunia.

Trump poszedł jednak w tym tygodniu o krok dalej. Oświadczył z miną człowieka, który właśnie odkrył nowy kontynent, że wojna z Iranem jest „praktycznie skończona”. Mówił to tak, jakby zamykał parasol po krótkim deszczu, a nie komentował konflikt, w którym spadają rakiety, giną ludzie, a świat zastanawia się, czy ropa nie dobije do 150 dolarów za baryłkę. Zapewniał kapitanów tankowców, że powinni „płynąć bez strachu”, choć cieśnina Ormuz była bardziej zatkana niż warszawska Trasa Łazienkowska w piątek o siedemnastej.

Iran zareagował na te brednie z chłodną pogardą, jak profesor, który musi wysłuchać referatu studenta, co nie przeczytał ani jednej książki, ale ma dużo pewności siebie. Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej zapowiedział, że ataki nie tylko się nie skończą, ale będą częstsze, mocniejsze i bardziej dotkliwe. Doradcy nowego przywódcy Iranu oznajmili wprost: kraj jest gotowy na „długą wojnę”, a jedyną drogą do jej zakończenia jest presja ekonomiczna, która zmusi USA do odwrotu. W tej odpowiedzi nie było ani cienia wahania – za to dużo lodowatej determinacji, której Trump w swoich fantazjach zupełnie nie uwzględnił.

A jednak największym beneficjentem chaosu pozostaje Putin – człowiek, który z tragedii uczynił narzędzie polityczne. Każde osłabienie Zachodu jest dla niego sygnałem, by przesunąć granice własnych roszczeń. Każde rozkołysanie Ameryki – zachętą, by zaostrzyć działania wobec Ukrainy. W tym świecie nic nie jest przypadkiem, a każdy gest odbija się cieniem na mapie.

I właśnie w takiej chwili Donald Trump postanowił zadzwonić do Władimira Putina. Jakby świat nie miał już wystarczająco powodów do niepokoju, prezydent USA wykonał godzinny, „konstruktywny” – jak twierdzi Kreml – telefon do człowieka, który od lat buduje swoją pozycję na wojnach, kryzysach i szantażu energetycznym. Rozmawiali o Iranie. Rozmawiali o Ukrainie. Putin miał przedstawić kilka „rozwiązań”, które rzekomo mogłyby przyspieszyć zakończenie amerykańsko-irańskiej wojny. Jak zawsze – rozwiązań wygodnych dla Rosji, a zabójczych dla stabilności świata.

A w tle tej rozmowy pojawiła się informacja, która uderzyła w świat niczym zimny prysznic: administracja Trumpa rozważa złagodzenie sankcji naftowych wobec Rosji. Oficjalnie – po to, by zwiększyć globalną podaż ropy i powstrzymać wzrost cen spowodowany blokadą Ormuzu. Nieoficjalnie – byłby to prezent dla Putina, który finansuje swoją agresję dzięki dochodom z ropy. Reuters pisał, że decyzja może zapaść jeszcze tego samego dnia. Wystarczy jedno podpisane rozporządzenie, by Moskwa znów zaczęła oddychać pełną piersią.

Putin tymczasem nie krył zadowolenia. Wysłał gratulacje Modżtabie Chameneiemu, nowemu najwyższemu przywódcy Iranu, synowi zabitego ajatollaha. Ubierał swoje słowa w jedwabne szaty dyplomacji: że Teheran ma wsparcie Rosji, że Moskwa „pozostanie niezawodnym partnerem”, że nowy przywódca „z godnością” poprowadzi kraj przez trudne czasy. To nie były tylko gratulacje – to była deklaracja geopolitycznej bliskości.

Bo Iran i Rosja od dawna nie są już zwykłymi partnerami. Są sojusznikami. Sojusznikami zjednoczonymi przeciwko Zachodowi. Drony Shahed latają nad ukraińskimi miastami. Rosja produkuje je już samodzielnie, dzięki technologii z Teheranu. Washington Post donosi, że Moskwa dostarcza Iranowi dane wywiadowcze ułatwiające ataki na siły amerykańskie. Biały Dom bagatelizuje te informacje, ale świat widzi, co się dzieje.

Trump, który w swojej wizji świata od lat wierzy, że z Putinem można zrobić interes jak z deweloperem w Miami, podczas rozmowy znów powiedział, że „chciałby, aby wojna w Ukrainie wkrótce się zakończyła”. Putin oczywiście zapewnił, że ma pomysły. On zawsze ma pomysły. Każdy z nich zaczyna się od słów: „Znieście sankcje”, „Zostawcie Ukrainę”, „Pozwólcie Rosji wrócić do gry”.

Tak wygląda dyplomacja XXI wieku: prezydent USA dzwoni do człowieka odpowiedzialnego za dwie wojny, kryzys energetyczny, szantaż gazowy i głód polityczny – i nazywa to rozmową konstruktywną.

Wiosna odsłania też to, jak kruche są emocje społeczne. Ludzie żyją w kolektywnym przebodźcowaniu. Obrazy wojny, katastrof, politycznych bijatyk i afer zalewają nas strumieniem, którego nie da się zatrzymać. Człowiek czuje się jak naczynie, które wciąż ktoś napełnia, choć nikt nie sprawdza, ile miejsca zostało.

A jednak w tym chaosie wiosna przynosi coś, co pozwala człowiekowi oddychać. Przypomina, że mimo wojen, kryzysów energetycznych, prawicowych fantazji o węglu i populistów, którzy chcą przejąć władzę, świat nadal potrafi być piękny. Że powiew ciepłego powietrza w marcu może być silniejszy niż strach. Że słońce potrafi wygładzić nawet ostre krawędzie codzienności.

I że życie – wbrew wszystkiemu – trwa. Trwa, bo człowiek nadal ma zdolność dostrzegania sensu tam, gdzie politycy widzą tylko interes. Trwa, bo wiosna zawsze wraca. I trwa, bo nawet gdy nad światem gromadzą się chmury, można wyjść z domu, poczuć wiatr na twarzy i pomyśleć: „Jeszcze nie wszystko stracone”.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights