
Polska od lat opowiada sobie piękną bajkę, że wszyscy jesteśmy klasą średnią.
To jedna z naszych ulubionych narodowych fantazji — zaraz obok przekonania, że „szwagier by to lepiej zrobił” oraz że każdy Polak ma w sobie potencjał przedsiębiorcy, tylko urząd skarbowy mu przeszkadza.
W praktyce jednak polska klasa średnia przypomina człowieka, który jedzie leasingowanym SUV-em do apartamentu kupionego na trzydziestoletni kredyt, słucha podcastu o mindfulness, a potem dostaje ataku paniki po mailu z banku zatytułowanym: „Aktualizacja harmonogramu rat”.
I właśnie dlatego jedna impreza techno w Wilanowie wywołała debatę większą niż połowa sejmowych komisji. Bo nagle okazało się, że pod cienką warstwą hummusu, designerskich rowerów i kaw speciality nadal siedzi coś bardzo staromodnego: klasy społeczne.
Wilanów jest zresztą fascynującym miejscem. To nie jest dzielnica bogaczy w amerykańskim sensie. Tam mało kto posiada rodzinny majątek od czasów Napoleona. To raczej królestwo ludzi, którzy codziennie próbują wyglądać na bardziej zamożnych, spokojnych i spełnionych, niż są naprawdę. Miasteczko Wilanów przypomina gigantyczny showroom aspiracji klasy średniej. To miejsce, w którym nawet psy wyglądają tak, jakby miały własnego dietetyka i konto maklerskie. Ludzie spacerują tam z psami droższymi od pierwszego samochodu przeciętnego Polaka, ale jednocześnie żyją w permanentnym lęku, że coś ich z tej układanki wyrzuci. Kredyt. Inflacja. Szkoła prywatna. Rata leasingu. Koszt sushi. Wszystko tam pachnie sukcesem i lekkim stresem jednocześnie. Taki zapach mieszanki świeżo mielonej kawy, perfum za 900 zł i cichego lęku przed kolejną podwyżką stóp procentowych.
Dlatego techno pod pałacem wywołało taki szok. Nagle ktoś przypomniał mieszkańcom, że przestrzeń publiczna nie jest prywatnym salonem osiedla premium i zrobił to przy pomocy basu słyszalnego prawdopodobnie aż w Żyrardowie.
Polska klasa średnia ma bowiem bardzo szczególną relację z państwem. Z jednej strony chce silnych instytucji. Dobrych szkół. Bezpiecznych ulic. Szpitali. Sprawnych sądów. Z drugiej strony na widok podatków reaguje tak, jak średniowieczny chłop na poborcę daniny.
To jest niezwykle polskie. Każdy chce mieć skandynawskie usługi publiczne, ale finansowane najlepiej z pieniędzy sąsiada, niemieckich funduszy albo — idealnie — z jakiegoś tajemniczego budżetu Unii Europejskiej, który według wielu Polaków działa jak magiczny portfel bez dna.
I właśnie dlatego Polacy tak kochają zbiórki internetowe. One są emocjonalnie wygodniejsze od państwa. Państwo każe wypełniać formularze. Zbiórka daje serduszko. Państwo wysyła decyzję administracyjną. Influencer robi live’a. Państwo mówi: „procedura trwa”. Streamer krzyczy: „Jedziemy, wariaty, jeszcze pięć milionów i lecimy dalej!”.
Trudno konkurować z człowiekiem transmitującym dobroczynność w jakości 4K, z dynamicznym montażem i czatem przewijającym się szybciej niż kolejka do ortopedy na NFZ. Polacy coraz częściej wolą ufać youtuberowi w bluzie niż własnemu państwu. A to już nie jest zabawne. To jest cywilizacyjnie niepokojące.
Jeśli społeczeństwo zaczyna wierzyć, że wszystko da się załatwić zbiórką, patronitem albo kodem BLIK od influencera, to znaczy, że państwo przestaje być wspólną instytucją, a zaczyna przypominać zepsuty automat do kawy na dworcu. Wszyscy jeszcze próbują z niego korzystać, ale nikt już nie wierzy, że cokolwiek z niego poleci.
Najbardziej niezwykłe jest jednak to, że Polacy jednocześnie nienawidzą państwa i nieustannie domagają się od niego cudów. To relacja bardzo toksyczna. Trochę jak z byłym partnerem, o którym mówi się: — Kompletnie mu nie ufam. Po czym pięć minut później dodaje: — Ale mógłby wreszcie zrobić coś porządnie.
Nasza historia zrobiła tu swoje. Przez wieki państwo kojarzyło się Polakom głównie z kimś, kto przyjeżdża po pieniądze, zabiera wolność albo każe oddać syna do wojska. Trudno budować miłość do instytucji publicznych, jeśli przez pół historii narodowej urząd oznaczał albo carskiego urzędnika, albo człowieka z pieczątką i wąsem w kolorze późnego komunizmu. Dlatego w Polsce własność publiczna długo była traktowana jak rzecz niczyja. A skoro niczyja, to można ukraść. Zniszczyć. Zdewastować. Albo postawić tam patriotyczną ławkę za milion złotych.
W tym sensie III RP stworzyła bardzo osobliwy model obywatela. Polak ufa bardziej celebrycie robiącemu charytatywny stream niż instytucji zdrowia. Bardziej wierzy aplikacji bankowej niż urzędowi. Bardziej szanuje przedsiębiorcę, który „sprytnie optymalizuje podatki”, niż nauczyciela płacącego je uczciwie.

To trochę smutne. Ale też bardzo zabawne w tym naszym narodowym, tragikomicznym stylu. Przecież jednocześnie uwielbiamy narzekać na jakość usług publicznych. Polak potrafi przez trzy godziny opowiadać o fatalnym stanie ochrony zdrowia, a potem przez kolejne trzy tłumaczyć, dlaczego podatki są kradzieżą. To trochę tak, jakby ktoś narzekał, że restauracja serwuje fatalne jedzenie, jednocześnie uciekając bez płacenia rachunku i jeszcze wystawiając jedną gwiazdkę w Google z komentarzem: „Obsługa niemiła”.
Najciekawsze jest jednak to, że pod wszystkimi tymi sporami o Wilanów, Jagodno, podatki, zbiórki i klasę średnią siedzi jedno gigantyczne polskie marzenie. Marzenie o stabilności. Polacy nie chcą już rewolucji. Nie chcą wielkich idei. Nie chcą nawet specjalnie wolności. Polacy chcą po prostu mieć poczucie, że wszystko się za chwilę nie rozsypie. Że rata nie wzrośnie. Że państwo działa. Że lekarz odbierze telefon. Że szkoła czegoś nauczy. Że polityk nie ukradnie. Że influencer nie okaże się kryptoreklamą kasyna online.
To może niezbyt romantyczne. Ale chyba właśnie na tym polega dojrzałość społeczeństw. Nie na tym, że wszyscy chodzą z flagami i krzyczą o patriotyzmie. Tylko na tym, że ludzie zaczynają ufać, iż wspólne instytucje naprawdę istnieją po coś więcej niż tylko po to, żeby drukować formularze i organizować konferencje prasowe.
Na razie jednak Polska nadal przypomina kraj, w którym każdy chce mieszkać w Skandynawii, ale mentalnie nadal siedzi na szlacheckim folwarku i podejrzliwie patrzy na poborcę podatkowego. A potem wraca do apartamentu w Wilanowie i pisze w internecie, że „to wszystko przez elity”. Co jest o tyle zabawne, że najczęściej pisze to właśnie elita. Tylko jeszcze trochę przestraszona, że ktoś może jej o tym przypomnieć.

Dodaj komentarz