WIEŚCI Z BIELEJEWA, CZYLI JAK CHŁOPY POLITYKĘ ROZGRYZAJĄ, A ŚWIAT SIĘ Z TEGO ŚMIEJE… PRZEZ ŁZY

Warszawa

W Bielejewie jesień przyszła wcześniej niż zwykle. Może i liście jeszcze się trzymają, ale za to zdrowy rozsądek – ten, to z drzewa już dawno zleciał i roztrzaskał się o bruk medialnej głupoty. Jak co sobotę, w starej stodole Stacha „Karabinka” zebrała się Rada Najwyższa Wiejskich Ekspertów ds. Polityki i Zakąski. Na stole kiszony ogórek, dwie flaszki Żytniej, chleb krojony toporkiem i słoik śledzi, który pamięta jeszcze rządy SLD. A za stołem – jak zwykle – banda mędrców bez krawatów, za to z rozumem ostrym jak kosa przed sianokosami.

– Widzieliście tego Trumpa znowu? – zaczyna Zbyszek „NASA”, co raz próbował zrobić drona z kosiarki. – On to już chyba bierze Prozac z napalmem. Macha rakietami jakby to były petardy od Ruskiego z bazaru. Gaza się pali, a on se robi zdjęcia jak do katalogu „Zbrodniarz Miesiąca”.

– A bo Ameryka lubi takich – sapie Władek „Filozof”, znany z tego, że kiedyś czytał cały „Fakt” od deski do deski i przeżył. – Trump to nie prezydent, to reklama testosteronu po terminie. Tylko że jak się kończy takie machanie rakietą, to zawsze ktoś traci dom, a on najwyżej followersów.

– A w Polsce? – pyta cicho młody Romek, ledwo po zawodówce, ale duszę ma bystrą jak rzeka po roztopach. – Tusk dalej swoje? Kaczyński znowu coś pieprznął?

Tu zapadła chwila ciszy. Taka, co to się robi, gdy śledź utknie w gardle lub prawda właśnie się zbliża.

– Tusk to jak kombajn w listopadzie – mruknął Heniek „Pomidor”, rolnik z filozofią w sercu i ziemią pod paznokciem. – Niby nie powinien działać, a jednak wszystko tnie, co się rusza. Działa, bo ma plan. A Kaczor? Ten to już tylko beczy na własnej stypie. Strzela we własne okna i się dziwi, że wieje. Zarzuca Konfie, że chcą państwo rozwalić, a sam już dawno zrobił z Polski folwark z zarządem w Toruniu.

– Konfederacja to jest jak kupa w szambie – wszyscy wiedzą, że tam jest, nikt nie chce zaglądać, ale czasem coś wypłynie – skwitował cicho Stasiek „Gulasz”, mistrz słowa i zakąski.

Śmiech poszedł po stodole jak gęś po ściernisku. Nawet pies Burek, który leżał pod stołem, szczeknął jakby z aprobatą.

– A co z inflacją? – zapytał Władek z dozą irytacji. – Niby 2,9%, ale jak poszedłem po masło, to sprzedawczyni zażądała dowodu tożsamości i potwierdzenia dochodów. Jeszcze chwila, a za kostkę masła trzeba będzie zastawić rower.

– GUS to liczy jak proboszcz wiernych na mszy – uśmiechnął się Janek „Złota Rączka”. – Niby pełny kościół, a jak na tacę spojrzysz, to jakby tylko duchy przyszły. Statystyka jak z bajki – wszystko pięknie, tylko nie działa.

– Kościół… – westchnął ktoś z kąta. – Ksiądz wpada raz w tygodniu, odprawi jakby go kto z radia nagrywał i wraca do miasta. Tu już nawet nie ma komu dzieci straszyć piekłem. I dobrze. Bo i tak już mamy wystarczająco diabełków w Sejmie.

Zapadła cisza. Znów ta, co przychodzi tylko wtedy, gdy wszyscy wiedzą, że śmiech śmiechem, ale świat się kręci w stronę d… za szybko.

– Wiecie, co mnie najbardziej wkurza? – zapytał w końcu Stachu, wódka już mu rozwiązała język. – Że my tu, na końcu świata, bez PKS, bez burmistrza, bez nadziei, widzimy więcej niż ci wszyscy eksperci z telewizji. Oni tam gadają, jakby im od słowa płacono za kilogram, a my – chłopy – potrafimy jednym zdaniem ich wszystkich rozebrać do gaci.

– Bo u nas głupoty nie da się uprawiać – mruknął Władek. – Ziemia nie przyjmie.

A potem było już tylko cicho. Ktoś polał jeszcze po kieliszku, ktoś się pożegnał, ktoś przewrócił. Świat się palił, polityka krzyczała, a w Bielejewie – jak zawsze – śledź był słony, wódka zimna, a prawda… no, prawda taka, że lepiej jej nie mówić na głos. Bo jeszcze ktoś pomyśli, że chłopy naprawdę się znają.

A znają się. Tylko nie mają Twittera.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights