



Są w Polsce takie popołudnia polityczne, które wyglądają jak targ na prowincji po porannej burzy. Na stołach leżą jeszcze ogórki, gazety nasiąknięte wilgocią, ktoś zbiera przewrócone skrzynki z jabłkami, a pośrodku rynku stoi człowiek z wielkim gwizdkiem i zatrzymuje ruch, choć nikt go o to nie prosił.
Tak właśnie wygląda dziś prezydentura Karola Nawrockiego.
Człowiek, który z niepojętą konsekwencją odkrył w sobie talent do jednej rzeczy: do zatrzymywania państwa.
Nie budowania. Nie reformowania. Nie naprawiania. Zatrzymywania!
Polska polityka zaczyna przypominać skrzyżowanie, na którym stoi wielki czerwony znak STOP, a na tym znaku ktoś flamastrem dopisał: „Pałac Prezydencki”.
Najnowsza odsłona tej operetki nosi tytuł: Wielkie Weto SAFE. Program SAFE był – wbrew krzykom politycznych kaznodziejów – ogromnym europejskim instrumentem finansowania obronności. Sto pięćdziesiąt miliardów euro dla Europy, z czego Polska mogła dostać ponad czterdzieści trzy miliardy.
Czterdzieści trzy miliardy euro. To nie jest suma, którą gubi się między kanapą a lodówką. To jest suma, za którą można kupić nowoczesną armię, fabryki, technologie i kilka dekad bezpieczeństwa.
Ale Wielkie Weto uznało, że lepiej zrobić spektakl. Prezydent ogłosił więc, że ustawy nie podpisze, ponieważ – jak wyjaśnił – program ogranicza suwerenność Polski.
Suwerenność. To słowo w ustach ludzi z tej części sceny politycznej brzmi jak zaklęcie wyciągnięte z kieszeni razem z pogniecionym rachunkiem za kiełbasę z grilla. W praktyce chodziło o to, że Polska mogłaby kupować broń w Europie. A to już – jak wyjaśnił z powagą były minister Błaszczak – jest prawie tragedia narodowa, bo przecież broń powinna być głównie z Ameryki. Najlepiej z Ameryki. Najlepiej natychmiast. Najlepiej z patriotycznym rabatem.
I tak oto Polska odrzuca czterdzieści trzy miliardy euro, a w zamian dostaje kolejne przemówienie o honorze i suwerenności.
Sondaże są przy tym bezlitosne. Ponad połowa Polaków oceniła to weto negatywnie. Ale polityka tej formacji nigdy nie była specjalnie wrażliwa na liczby. To jest polityka emocji, gestów i teatralnych póz.
A kiedy weto zostało ogłoszone, na scenę wkroczył człowiek, który w Pałacu Prezydenckim pełni rolę rzecznika metafizycznego chaosu. Zbigniew Bogucki. Szef kancelarii prezydenta. Człowiek, który potrafi mówić o konstytucji z miną nauczyciela matematyki, który właśnie odkrył, że dwa plus dwa może jednak równać się pięć.
Bogucki ogłosił więc z powagą, że argumenty ministra Żurka zostaną – cytuję – „zetarte w pył”.
W pył. To jest piękna metafora. Człowiek od pylenia argumentów. Tyle że na razie pył unosi się głównie wokół logiki tych wypowiedzi.
Bo gdy tylko kurz po wecie SAFE opadł, Pałac Prezydencki zaczął przygotowywać nową odsłonę dramatu. Trybunał Konstytucyjny. Sejm wybrał sześciu nowych sędziów. Normalna procedura w państwie prawa. Ale w Polsce roku 2026 normalność jest traktowana jak prowokacja.
Bogucki ogłosił więc, że najpierw trzeba ustalić, czy w ogóle doszło do wyboru sędziów. To zdanie brzmi tak, jakby ktoś po wyborach parlamentarnych zapytał: dobrze, dobrze, ale czy w ogóle były wybory.
Marszałek Czarzasty odpowiada spokojnie, że prezydent ma obowiązek odebrać ślubowanie. Konstytucjonaliści mówią to samo. Ale Pałac Prezydencki już przygotowuje kolejną barykadę proceduralną.
Najpierw pytania. Potem wątpliwości. Potem komisje. Potem może interpretacje. A na końcu – jeśli historia czegoś nas nauczyła – być może kolejny polityczny spektakl z dublerami.
Starszym widzom przypomina się rok 2015. Tamta historia zaczęła się podobnie. Też były wątpliwości. Też były pytania. Też były przemówienia o konstytucji. A skończyło się na tym, że Trybunał Konstytucyjny został zamieniony w instytucję przypominającą teatr objazdowy.
W tej operze buffo pojawiają się też oczywiście bohaterowie drugiego planu. Bosak z Konfederacji tłumaczy, że prezydent może nie przyjąć ślubowania.
To zawsze wzruszający moment. Konfederacja tłumacząca konstytucję. To trochę tak, jakby pirat morski prowadził kurs etyki żeglugi.
A gdzieś nad tym wszystkim siedzi Jarosław Kaczyński. Cichy. Cierpliwy. Zadowolony. Bo każdy kolejny konflikt instytucjonalny jest dla tej polityki jak kolejny klocek w wielkiej wieży chaosu. Im większy bałagan, tym łatwiej opowiadać ludziom, że państwo nie działa. A kiedy państwo nie działa, zawsze można powiedzieć: widzicie, trzeba je zbudować od nowa.
Tyle że Polska nie jest placem budowy dla politycznych eksperymentów. To jest kraj czterdziestu milionów ludzi. Kraj, który potrzebuje instytucji działających spokojnie, przewidywalnie i zgodnie z prawem.
Dlatego patrząc na kolejne weta, kolejne konferencje i kolejne deklaracje o „pyleniu argumentów”, człowiek zaczyna mieć wrażenie, że Pałac Prezydencki zamienił się w coś pomiędzy kabaretem a zaporą drogową.
I kiedy ktoś zapyta kiedyś historyków, czym była prezydentura Karola Nawrockiego, odpowiedź może być zaskakująco krótka.
To była prezydentura znaku STOP. Czerwonego. Dużego. Postawionego dokładnie pośrodku państwa.

Dodaj komentarz