
W Pałacu Prezydenckim znów śmierdzi. Nie tyle formaliną po konstytucji, co dezodorantem desperacji. Oto Karol Nawrocki – znany szerzej jako „dr Prezydent Historyk, ekspert od wojen i własnego ego” – postanowił sobie urządzić polityczne bingo z ambasadorami. Nie pytając nikogo o zgodę, z czołem gładkim jak kartka z IPN-u, zaproponował Donaldowi Tuskowi coś, co w cywilizowanym kraju nazwalibyśmy nieporozumieniem, a w Polsce – „kompromisem”.
Prezydent, ten nasz biało-czerwony marzyciel z głową pełną legend i doradcami z demobilu, zapragnął… podzielić ambasady. Tak jak dzieli się pączki w biurze: jeden dla mnie, jeden dla ciebie, trzy dla moich. I jeszcze jeden dla Szefernakera, bo był grzeczny. A może i dla Cenckiewicza – wszak jego obsesja na punkcie propagandy rosyjskiej jest tak intensywna, że mógłby nią smarować tosty w NATO.
Prezydent, chcąc zakończyć spór o ambasadorów, zaproponował Tusku podział placówek na „prezydenckie” i „rządowe”. Wyobraźmy to sobie: prezydent obstawia Nowy Jork, Watykan i Paryż – miasta, gdzie można świecić sztandarem i mówić o „polskiej duszy” przy fontannie – a rząd dostaje pozostałe 170 smutnych ambasad w krajach, których nazw nie potraficie wymówić bez wujka Google’a.

To tak, jakby ktoś chciał podzielić boisko piłkarskie – prezydent gra na połowie z bramką, rząd na tej drugiej, ale bez piłki.
Na liście kandydatów, których chce tam wciskać Nawrocki, same znakomitości. Człowiek mógłby pomyśleć, że to casting do nowej wersji „Muppet Show” – tylko mniej śmieszne, a bardziej groźne. Mamy więc:
- Kumoch w Pekinie – człowiek, który przez ostatnie lata udowadniał, że potrafi z każdej dyplomatycznej sytuacji zrobić ognisko ideologiczne.
- Soloch w Rumunii – nikt nie wie po co, ale ładnie się wpisuje w folklor.
- Szczerski przy ONZ – powrót legendy, której misja to nie dyplomacja, ale wieczna obecność.
- Kwiatkowski w Watykanie – bo jak nie masz pomysłu, dajesz księdzu.
A co na to Sikorski? No cóż, Radek, jak to Radek – znowu powiedział coś, co brzmi jak fragment konstytucji wyryty w marmurze i oblany sarkazmem. Powiedział, że „nie pozwoli na odbieranie rządowi jego kompetencji” – co brzmi w ustach polskiego ministra jak obietnica bójki pod Sejmem.
Ale Nawrocki? Ten tytan politycznej kindersztuby, to dziecko z brzytwą w ustach, postanowił pójść dalej – i nie wpuścił Sikorskiego… do samolotu.
Tak.
Polska leci do ONZ. Prezydent jednym samolotem. Minister spraw zagranicznych – drugim. Bo lepiej mieć dwa samoloty niż jedną politykę zagraniczną.
Nie pierwszy raz zresztą. Przypomnijmy tę groteskę, kiedy Nawrocki poleciał do Trumpa i nie dopuścił MSZ do spotkania. Efekt? Trump nawet nie spojrzał, Nawrocki został z bukietem patriotycznych różyczek w ręku, jak panna młoda porzucona przed ołtarzem. Ale i tak ogłosił sukces. Bo Karol Nawrocki nie przegrywa – najwyżej rzeczywistość się myli.
I właśnie w tym tkwi problem. W Pałacu Prezydenckim zasiadła grupa ludzi, którzy traktują państwo jak ołtarz, siebie jak kapłanów, a konstytucję jak zakładkę do zeszytu z przemówieniami. Cenckiewicz, który uważa, że Rosja wciąż prowadzi z nami wojnę hybrydową (co może i prawda, ale czy my mamy dowodzić tą wojną Bosackim?), czy Szefernaker – PR-owiec z ambicją wodza. To zespół marzycieli, którzy chcieliby napisać polską politykę zagraniczną jakby to była broszura IPN-u z 2006 roku: wroga jasno wskazać, kombatanta wynieść na piedestał, a resztę – zignorować.
I teraz ten teatr cieni chce kreować naszych ambasadorów.
Może pora wreszcie powiedzieć: panie Nawrocki, z całym brakiem szacunku – wróć pan do muzeum. Tam przynajmniej eksponaty nie odmawiają współpracy. A Polska potrzebuje polityki, nie fanaberii, dyplomacji, nie deklaracji i rozumu, nie wyobrażeń.
Bo jeśli to, co obserwujemy, to nowa prezydencka doktryna zagraniczna – to niech ktoś szybko wyciągnie wtyczkę, zanim zacznie się kolejna wojna o samolot, tym razem nad Atlantykiem.

Dodaj komentarz