
Na ulicy Nowogrodzkiej wieczory mają szczególną temperaturę.
Nie chodzi o pogodę. Chodzi o powietrze ciężkie od ambicji, urazy i politycznych rachunków krzywd. W jednym z tych wieczorów siedzi Jarosław Kaczyński, człowiek drobnej postury, ale o ambicji tak wielkiej, że spokojnie mogłaby zasłonić pół mapy Europy. Siedzi w ciszy, patrzy na Polskę jak na planszę do gry i rozmyśla nad starym, sprawdzonym pytaniem: jak wygrać partię, nawet jeśli przy okazji trzeba przewrócić stół. Wygląda przy tym trochę jak stary właściciel kamienicy, który woli podpalić własny budynek, byle tylko nowy lokator nie mógł powiedzieć, że mieszka w lepszym mieszkaniu.
Bo w tej historii wcale nie chodzi o SAFE. SAFE to tylko pionek, pretekst.
Prawdziwa rozgrywka dotyczy czegoś znacznie prostszego i znacznie bardziej ludzkiego – ambicji.
Nie wolno dopuścić, żeby Donald Tusk odniósł sukces. Nawet jeśli tym sukcesem byłoby bezpieczeństwo państwa. Nawet jeśli tym sukcesem byłoby czterdzieści cztery miliardy euro na modernizację armii. Nawet jeśli tym sukcesem byłby rozwój polskiego przemysłu zbrojeniowego, który mógłby nagle zacząć produkować coś więcej niż patriotyczne przemówienia.
Sukces Tuska jest dla prezesa katastrofą strategiczną. Dlatego trzeba go zniszczyć.
I wtedy na scenę wchodzi Karol Nawrocki.
Człowiek, który wygląda trochę jak kustosz narodowego muzeum krzywd, wyposażony w przycisk od państwa. Wychodzi przed kamery z powagą człowieka przekonanego, że za chwilę zapisze się w historii. Mówi o suwerenności, mówi o zadłużeniu, mówi o odpowiedzialności wobec przyszłych pokoleń. A potem jednym ruchem podpisuje weto.
Wetomat nie zawiódł.
Zgodnie z przewidywaniami obserwatorów ustawy o SAFE nie podpisał. Złośliwi twierdzą nawet, że Donald Tusk zastawił na niego tę pułapkę celowo, żeby obnażyć antypaństwowy i antyunijny charakter rezydenta pałacu namiestnikowskiego. I trzeba przyznać, że jeśli to była pułapka, Batyr wpadł w nią z wdziękiem łosia w świeżo wykopaną studnię.
Wielu komentatorów ogłasza dziś wojnę totalną, jaką prezydent wypowiedział większości parlamentarnej. Ale tak naprawdę jest to wojna wypowiedziana znacznie szerszej części kraju. To wojna z większością Polaków, którzy chcą być w Unii. To wojna z policją i Strażą Graniczną, które miały dostać sprzęt. To wojna z armią, która miała dostać pieniądze. To wreszcie wojna z setkami, a może tysiącami polskich firm pracujących dla wojska.
Batyr, PiS i obie Konfederacje robią dziś naprawdę wiele, aby przegrać przyszłoroczne wybory parlamentarne. A sam Batyr robi jeszcze coś więcej – robi wszystko, żeby w końcu ktoś policzył dokładnie głosy z wyborów prezydenckich i sprawdził, jak naprawdę wyglądał wynik.
Wygląda to bardzo dostojnie. Do momentu, w którym człowiek zacznie się zastanawiać, co właściwie zostało zawetowane.
Bo SAFE nie jest skrzynką z pieniędzmi, którą Bruksela wysyła pocztą do Warszawy. SAFE to precyzyjny program inwestycji. Sto trzydzieści dziewięć projektów, od fabryk amunicji po systemy cyberbezpieczeństwa. Plan modernizacji państwa, które żyje tuż obok największej wojny w Europie od czasów drugiej wojny światowej.
Normalne państwo w takiej sytuacji mówi: dziękujemy. Prawica mówi: spisek.
Bo w tej opowieści zawsze musi być spisek. Bruksela, Berlin, bankierzy, elity, czasem nawet rowerzyści – ktokolwiek, byle tylko nie przyznać, że problem leży w Warszawie, na Nowogrodzkiej.
I w tym momencie na scenę wchodzi Sławomir Mentzen.
Mentzen klaszcze. Mentzen się cieszy.
Mentzen ogłasza triumf zdrowego rozsądku Nawrockiego, jakby właśnie odkrył nową teorię ekonomii, według której państwo najlepiej działa wtedy, kiedy robi możliwie najmniej – najlepiej nic.
Nie jest to szczególnie zaskakujące. Mentzen od dawna uważa, że państwo powinno działać jak bar z kebabem na dworcu: minimum regulacji, minimum podatków i maksimum przekonania, że wszystko samo się jakoś ułoży. W jego świecie armia powinna się pewnie finansować z dobrowolnych napiwków patriotycznych, a gospodarka rozwijać dzięki memom o wolnym rynku.
Dlatego kiedy Nawrocki robi coś nierozsądnego, Mentzen reaguje entuzjazmem. W jego filozofii każda decyzja osłabiająca instytucje państwa wygląda jak zwycięstwo wolności. Im mniej państwa, tym więcej wolności – nawet jeśli po drodze zniknie jeszcze bezpieczeństwo, armia i kawałek zdrowego rozsądku.
A gdzieś nad tym wszystkim unosi się cień prezesa.
Jarosław Kaczyński patrzy na Polskę z cierpliwością starego stratega. Wie, że polityka nie polega na budowaniu, tylko na przetrwaniu. Jeśli trzeba – można wysadzić most. Jeśli trzeba – można zatrzymać pociąg. Jeśli trzeba – można nawet udawać, że ratowanie państwa jest zamachem na suwerenność.
Najważniejsze jest jedno: wrócić do władzy.
Wtedy dopiero zacznie się prawdziwa rozgrywka. Bo szeroko rozumiana prawica – od Kaczyńskiego po Brauna – od dawna gra w tę samą grę. Konflikt z Unią Europejską nie jest dla nich wypadkiem przy pracy. Jest planem politycznym. Najpierw spór. Potem kryzys. Potem wielkie patriotyczne uniesienie, w którym ktoś powie, że Polska musi wstać z kolan i wyjść z Unii, bo inaczej przestanie być Polską.
Historia zna takie scenariusze. Zwykle zaczynają się od obrony suwerenności. A kończą w rozdziałach o autorytaryzmie.
W całej tej opowieści jest jednak jedna ironia, która zasługuje na osobny akapit. SAFE i tak najpewniej zostanie zrealizowany. Rząd znajdzie drogę. Plan B. Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych. Inny mechanizm. Pieniądze w końcu trafią do Polski, armia w końcu dostanie sprzęt, a państwo w końcu zrobi to, co powinno zrobić od początku.
Weto nie zatrzymało historii. Weto tylko pokazało, kto próbuje ją zatrzymać.
I gdzieś nad tym wszystkim wciąż siedzi Jarosław Kaczyński – człowiek, który marzy o powrocie do władzy tak bardzo, że gotów jest podpalić własny dom, byle tylko sąsiad nie chwalił się nowym dachem.
I tak oto Polska znów stała się sceną starej historii: jedni próbują budować państwo, a inni – z uporem godnym lepszej sprawy – próbują je wygrać jak partię szachów, nawet jeśli na końcu z planszy zostanie tylko popiół.
A kiedy człowiek patrzy na tę całą operę ambicji, w której prezydent pełni rolę wetomatu, Mentzen klaszcze jak konferansjer wolnorynkowego kabaretu, a Kaczyński z ponurą satysfakcją obserwuje zamieszanie, pojawia się w głowie pytanie proste jak gwóźdź.
Kto właściwie wybrał tego giganta intelektu i patriotyzmu na stanowisko prezydenta?
I jeszcze ciekawsze pytanie – jaki gigant zatwierdził ten wybór?

Dodaj komentarz