
Kiedy Donald Trump oznajmia światu, że USA „będą prowadzić Wenezuelę”, robi to z tą samą miną, z jaką ktoś oznajmia, że tymczasowo przejął twoje mieszkanie, lodówkę i żonę, bo miał wizję naprawy twojego stylu życia.
Pojmanie Nicolása Maduro? Cóż, można to nazwać szczytem sprawiedliwości… albo reality show z serii: „Kiedyś łowiliśmy ryby, dziś łowimy prezydentów”. Samo wydarzenie było tak legalne, jak ślub w Vegas po trzech tequilach – ale w świat poszła narracja: „robimy to dla dobra demokracji”.
Z niejasnych oparów pojęć i doktryn Trump wyciąga starą, odgrzaną w mikrofalówce Doktrynę Monroe, którą rozciąga jak gumę w starych gaciach. Zapomina tylko wspomnieć o „dodatku Roosevelta”, który zasadniczo brzmi: „Jeśli coś nam się nie podoba, wchodzimy. Czołgiem. Z logiem wolności.”
Tymczasem świat dyplomatyczny ma dylemat: czy to jeszcze interwencja, czy już marketing? ONZ obraduje, Twitter płonie, UE pije zioła na uspokojenie. Putin i Xi, dwaj panowie od wersji demo imperializmu, patrzą z niesmakiem. Nie dlatego, że zasady złamano. Tylko że to nie oni je złamali pierwsi.
Wenezuela? Znowu zredukowana do planszy, po której przesuwają się pionki – a między nimi tłum ludzi, który nie chce już ani królów, ani generałów, tylko prądu, wodę i coś więcej niż suchą bułkę na kartki.
CO DALEJ? SCENARIUSZE I PROGNOZY
- USA jako tymczasowy zarządca – Wenezuela staje się projektem polityczno-biznesowym: zarządzana jak korporacja po przejęciu, z nowym zarządem i PR-owcem ds. demokracji. Trump już widzi siebie jako CEO Demokracji, a Departament Stanu jako dział HR.
- Wybory – wersja z opuchlizną – Wersja optymistyczna: USA wspiera przeprowadzenie wolnych wyborów, a władzę przejmuje umiarkowana opozycja. Wersja realistyczna: wybory są, ale z katalogu IKEA – niby wszystko pasuje, ale nikt nie wie, gdzie włożyć śrubę G-34.
- Chaos i rekonstrukcja Madurystanu – Siły lojalne byłemu prezydentowi nie znikają. Paramilitarne struktury, resztki reżimu i klientelizm rozkwitają jak chwasty po deszczu. Może być tak, że nowy rząd dostanie parlament, ale nie dostanie prądu.
KTO MOŻE RZĄDZIĆ? PRETENDENCI DO TRONU BEZ KORONY
W grze o władzę pojawiło się kilku graczy – mniej lub bardziej poważnych – ale wszyscy z ambicjami, planami i, co najważniejsze, kontaktami w odpowiednich ambasadach:
- María Corina Machado – ikona opozycji, świeżo uhonorowana Pokojową Nagrodą Nobla. Niestrudzona, bezkompromisowa, medialna. Przypomina Thatcher na dietetycznej arepie. Jej atut to wiarygodność moralna i latami budowana sieć wsparcia społecznego. Minus? Dla niektórych – zbyt nieprzejednana.
- Edmundo González Urrutia – kandydat kompromisu, którego nazwisko brzmi jak sekretarz akademicki, ale właśnie dlatego budzi zaufanie. Ma poparcie umiarkowanej opozycji i nie budzi alergii wśród zagranicznych partnerów. Idealny kandydat „przejściowy”, czyli taki, którego wszyscy mogą znieść przez jakiś czas.
- Héctor Rodríguez – człowiek reżimu, ale młodszy, bardziej wyważony, trochę „Maduro-light”. Jeśli stary układ miałby szukać miękkiego lądowania, to pewnie z jego pomocą. Oczywiście, dla opozycji – to wilk w wegańskim futrze.
- Juan Guaidó – polityczny deja vu. Był już „tymczasowym prezydentem”, ale stracił rozpęd. Może wrócić jako kandydat odkurzony i przyprószony popiołem, ale wciąż z rozpoznawalnym nazwiskiem. W tej grze każdy znany pionek to potencjalny asset.
Na dziś – żaden z nich nie ma w ręku wszystkich kart, ale stół już się rozstawia. Pytanie tylko: czy gracze będą grać według zasad, czy znowu wyciągną kastet spod marynarki?
GOSPODARKA: ROPA I GRACZE
Ropa to waluta konfliktu. USA chce ją eksportować, Chiny chcą zniżki, Putin chce się jeszcze wkręcić w handel, choćby przez tylną bramę. Mieszkańcy Wenezueli chcą tylko stabilności i więcej niż jednego posiłku dziennie – ale w tej grze brakuje im żetonów.
Jeśli dojdzie do stabilizacji politycznej i chociażby tymczasowego konsensusu, możliwy będzie:
- powrót inwestycji zagranicznych,
- stopniowa odbudowa sektora energetycznego,
- transformacja instytucji publicznych (czytaj: czyszczenie po poprzednich rządach mopem, który się łamie).
Ale jeśli nie – kraj utknie między amerykańskim protektoratem a własnymi demonami.
PODSUMOWANIE Z NUTĄ CZARNEGO HUMORU
To nie jest początek końca. To sequel. Nikt go nie zamawiał, ale leci na ekranie i nie ma pilota.
Demokracja? Wciąż obecna. Ale w roli statysty. Z kneblem, na tle spalonego parlamentu, czeka, aż ktoś jej w końcu da głos – niekoniecznie przez megafon z logo ExxonMobil.
Będzie lepiej? Tak mówią. Tylko nie wiadomo – dla kogo.

Dodaj komentarz