WARIAT W BIAŁYM DOMU

Warszawa

Poranek nad Waszyngtonem wstał spokojny, jakby świat jeszcze przez chwilę chciał poudawać, że wszystko jest na swoim miejscu, że sojusze trwają, traktaty obowiązują, a poważni ludzie podejmują poważne decyzje. Nad Potomakiem mgła unosiła się leniwie, a w jej mlecznej ciszy można było uwierzyć, że historia idzie swoim rytmem, jak stary zegar w salonie – może skrzypi, może się spóźnia, ale jednak działa. I wtedy ktoś w Białym Domu wstał, spojrzał w lustro i postanowił ten zegar rozebrać na części.

Donald Trump znów powiedział, że rozważa wycofanie Stanów Zjednoczonych z NATO. Nie pierwszy raz, nie ostatni raz – ale tym razem powiedział to w chwili, gdy świat stoi na jednej nodze, a drugą szuka miejsca, gdzie ją postawić. Wojna na Bliskim Wschodzie, napięcia wokół Iranu, zamknięta Cieśnina Ormuz, ropa droższa niż rozsądek – i w samym środku tego wszystkiego człowiek, który mówi, że największy sojusz wojskowy świata to „papierowy tygrys”.

To zdanie jest tak absurdalne, że aż eleganckie. Bo tylko ktoś całkowicie przekonany o własnej nieomylności potrafi nazwać siedemdziesiąt lat wspólnej obrony „papierem”, jakby historia była notatnikiem, który można wyrzucić do kosza po zużyciu.

Trump nie prowadzi polityki. Trump prowadzi eksperyment na rzeczywistości. Eksperyment bez hipotezy, bez kontroli i bez odpowiedzialności za wynik, w którym jedynym stałym elementem jest jego własne ego – napompowane jak balon na festynie, który lada chwila pęknie, tylko że odłamki polecą w świat. Najpierw mówi, że NATO jest zbędne, a chwilę później obraża sojuszników, że nie chcą mu pomóc w wojnie z Iranem. To logika człowieka, który najpierw rozbija drzwi, a potem pyta, dlaczego nikt go nie zaprosił do środka.

Europa patrzy na to z mieszaniną zdumienia i zmęczenia. Patrzy tak, jak patrzy się na człowieka, który w środku przyjęcia zaczyna rozbierać stół, tłumacząc, że chce poprawić aranżację – i wszyscy wiedzą, że zaraz zabraknie nie tylko stołu, ale i podłogi. Francuzi dzwonią, Niemcy analizują, Brytyjczycy udają, że mają plan, a sekretarz generalny NATO chwali, żeby nie drażnić. Dyplomaci mówią półgłosem, że „trzeba zarządzać człowiekiem”. I to jest moment, w którym świat przestaje być systemem państw, a zaczyna być terapią grupową.

Bo Trump jest jak pogoda w kwietniu – zmienia się co godzinę, tylko że zamiast deszczu i słońca mamy wahania między wojną a sojuszem, między groźbą a uśmiechem. Rano NATO jest przestarzałe, w południe jest potrzebne, wieczorem może zostać rozwiązane, a w nocy – kto wie – może znowu będzie wielkie.

Najgroźniejsze w tym wszystkim nie jest nawet to, co on mówi. Najgroźniejsze jest to, że mówi wszystko naraz. Że jednocześnie grozi wyjściem z NATO, rozmawia z Putinem, prowadzi wojnę z Iranem i próbuje przebudować Światową Organizację Handlu, którą wcześniej sam rozmontował jak dziecko kolejkę elektryczną. To nie jest chaos. To jest chaos z ambicją.

W Brukseli dyplomaci mówią o „absurdalnie niespójnych” żądaniach. W Berlinie Boris Pistorius mówi o braku przewidywalności. W Paryżu Emmanuel Macron próbuje zszyć rzeczywistość telefonami i deklaracjami. A w tle Ukraina patrzy i czeka, bo wie, że jeśli Ameryka się odwróci, to nikt jej nie zastąpi.

Wołodymyr Zełenski mówi o „złych przeczuciach”. I to jest jedno z tych zdań, które brzmią cicho, ale niosą więcej prawdy niż wszystkie konferencje prasowe razem wzięte. Bo historia uczy, że kiedy wielcy zaczynają się zajmować sobą, mali zaczynają znikać.

Trump tymczasem idzie dalej. Idzie jak buldożer po porcelanie, z tą różnicą, że buldożer przynajmniej wie, że coś niszczy, a on jest przekonany, że urządza świat na nowo. Krytykuje sojuszników, grozi, że „zapamięta”, kto nie pomógł, sugeruje, że NATO nie było dla niego nigdy przekonujące. To nie jest już polityka zagraniczna. To jest pamiętnik obrażonego imperium.

A przecież fakty są uparte. Nawet dla ludzi, którzy uważają, że rzeczywistość to sugestia, a nie ograniczenie. Stany Zjednoczone nie mogą wyjść z NATO jednym zdaniem, choć Trump zachowuje się tak, jakby traktaty były wpisami na portalu społecznościowym, które można usunąć, gdy przestają pasować do nastroju dnia. Stany Zjednoczone nie mogą wyjść z NATO jedną decyzją Trumpa. Potrzebna jest zgoda Kongresu, decyzje polityczne, lata rozplątywania struktur wojskowych i logistycznych. Siedemdziesiąt lat współpracy nie znika jak wpis w mediach społecznościowych. Ale Trump zachowuje się tak, jakby świat był aplikacją, którą można zamknąć jednym kliknięciem.

I tu pojawia się najpoważniejszy problem. Bo świat, który zaczyna wierzyć, że wszystko można kliknąć, przestaje rozumieć, że niektóre rzeczy trzeba budować latami, a burzy się je w pięć minut.

Europa zaczyna to rozumieć. Coraz bardziej i coraz boleśniej. Dlatego mówi „nie”, ale mówi to szeptem, jakby bała się, że ktoś po drugiej stronie Atlantyku uzna to za afront i przewróci stolik z całą grą. Dlatego mówi „nie” coraz częściej i coraz ciszej. Nie chce iść na wojnę, której nie rozpoczęła. Nie chce wysyłać wojsk tam, gdzie nie ma planu. Nie chce udawać, że chaos jest strategią.

Ale jednocześnie boi się powiedzieć to głośno, bo wie, że po drugiej stronie Atlantyku siedzi człowiek, który traktuje politykę jak reality show, w którym najważniejsze jest to, kto zostanie wyrzucony z programu.

I tak dochodzimy do sedna. Bo w tej całej grotesce jest jeszcze jeden akt – warszawski, swojski, nie mniej żałosny.

W Pałacu Namiestnikowskim siedzą ludzie, którzy patrzą na to widowisko jak uczniowie na mistrza, który właśnie podpala klasę. Słyszą, że NATO to „papierowy tygrys”, i kiwają głowami z powagą godną kroniki filmowej. Słyszą, że sojusznicy to tchórze, i zapisują to w notesach, jakby była to nowa doktryna bezpieczeństwa.

Otoczenie Karola Nawrockiego próbuje nas uspokoić. Mówi, że „różne słowa padają w przestrzeni publicznej”, że trzeba zachować spokój, że relacje są „jak najlepsze”. To jest język człowieka, który stoi na pokładzie i tłumaczy, że statek nie tonie, tylko bardzo dynamicznie zmienia poziom zanurzenia.

A sam Nawrocki patrzy w stronę Waszyngtonu z tym szczególnym rodzajem zachwytu, który w polityce oznacza jedno – gotowość do naśladowania każdego ruchu, nawet jeśli prowadzi on na ścianę.

Bo są politycy, którzy mają własne zdanie, i są tacy, którzy mają tylko odbicie cudzych gestów. Nawrocki nie przypomina już lustra – lustro przynajmniej jest wierne. On jest krzywym zwierciadłem, które wyolbrzymia cudze błędy i robi z nich własny program polityczny.

Patrzy na Trumpa jak uczeń na nauczyciela, który właśnie podpalił podręcznik i ogłasza to reformą edukacji. I zamiast zadzwonić po straż, zaczyna szukać zapałek.

W jego świecie konstytucja to dekoracja, procedura to przeszkoda, a państwo to scenografia do własnych gestów. Dziś przyjmuje przysięgę od dwóch sędziów, jutro może od jednego, pojutrze od nikogo – byleby wyglądało, że to on rozdaje karty w grze, której zasad nie rozumie.

To nie jest spryt. To jest prowincjonalna imitacja siły. To jest polityka pisana caps lockiem przez człowieka, który myli władzę z możliwością robienia rzeczy bez sensu.

I kiedy jego otoczenie mówi o „spokoju” i „dystansie”, brzmi to jak komentarz z pokładu statku, który właśnie uderzył w górę lodową, ale kapitan zapewnia, że to tylko korekta kursu.

Bo prawda jest prostsza i bardziej brutalna.

Nawrocki nie gra w żadną partię szachów.

Nawrocki przewraca planszę i udaje, że wygrał. Trump nie niszczy NATO jednym zdaniem. Trump niszczy coś znacznie ważniejszego – zaufanie. A bez zaufania nawet najsilniejszy sojusz jest tylko dekoracją.

Bo sojusz to nie jest papier. Sojusz to jest przekonanie, że kiedy przyjdzie noc, ktoś zapali światło.

A dziś świat patrzy na Biały Dom i zaczyna się zastanawiać, czy tam jeszcze ktoś pamięta, gdzie jest włącznik.

Bo może się okazać, że światło zgasło już dawno.

A my po prostu siedzimy w ciemności i czekamy, aż ktoś, kto bawi się wyłącznikiem, w końcu zauważy, że nie jesteśmy dekoracją.

I że kiedy zapada ciemność, to nie widać już ani sojuszy, ani granic, ani prawdy – widać tylko tych, którzy pierwsi nauczyli się w niej chodzić.


  1. Elzbieta Sabik

    👏👏👏👏👏

  2. Jolanta Zarek

    Jak zwykle trafione w punkt. Szkoda mi tylko, że tego stanu rzeczy nie da się rozwiązać po przez dyplomację 🥲

  3. Marek Jastrząb

    Drogi Krzysiu!
    Z jednej strony cieszę się że wbrew uszczupleniu Twojej obecności w Internecie, piszesz w nim nadal i robisz to coraz lepiej, a z drugiej, zastanawiam się, z jakich to powodów nie możesz wejść na swoją stronę. Zarzut, że piszesz za często i za szybko jak na standardy analfabety, jest co najmniej niepoważny, a posądzanie Cię o bycie botem lub czymś na kształt protezy z AI to już szczyt wierzchołka. Mówiąc językiem zrozumiałym dla tumanów: AI nie jest w stanie napisać tak dobrego tekstu.
    Pozdrawiam Cię

  4. Janina Kifert

    Nareszcie felieton aktualny i wnikliwy na który się czeka. Bo to wsxystko niepojęte co się dzieje w polityce. A Trump to po prostu nienormalny już calkowicie

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights