WALIZKA, KTÓRA NIE MA NARODOWOŚCI

Warszawa

Sobota ma w sobie coś z lotniska. Niby ciszej. Niby wolniej. A jednak gdzieś w tle zawsze ktoś odlatuje, ktoś przylatuje, ktoś żegna się z tym, co znał, i wita z tym, czego się boi. Wystarczy usiąść z kawą przy oknie i pomyśleć, ile życiorysów właśnie mieści się w jednej walizce. Ile zdjęć. Ile aktów urodzenia. Ile strachu owiniętego w sweter na zmianę.

Emigracja jest jak walizka stojąca na środku pokoju. Każdy ją widzi. Każdy ma o niej zdanie. Mało kto zagląda do środka.

W polskiej polityce ta walizka bywa rekwizytem. Używa się jej do walenia w stół. Do straszenia. Do mobilizowania elektoratu. Migrant nie jest człowiekiem. Jest metaforą. „Falą”. „Zalewem”. „Napływem”. Słowa hydrologiczne. Jakby chodziło o Wisłę, a nie o ludzi.

A przecież Polska ma dziś ponad milion cudzoziemców pracujących legalnie i płacących składki. Najwięcej Ukraińców, potem Białorusini, Gruzini, Hindusi. Bez nich wiele branż by stanęło. Budownictwo. Logistyka. Usługi. Opieka. Gospodarka bez migracji zaczęłaby kaszleć jak starzejący się silnik diesla w lutowym mrozie.

I tu zaczyna się polski paradoks. Wyjeżdżać – wolno. Przyjeżdżać – podejrzane.

Przez dekady byliśmy narodem walizek. Londyn. Dublin. Chicago. Norwegia. Nikt nie mówił o „polskiej inwazji”. Co najwyżej, że pracujemy dużo i pijemy szybko. Dziś, gdy role się odwracają, część sceny politycznej dostaje ataku paniki.

PiS przez lata grał migrantem jak straszakiem na kukurydzianym polu. Straszak musi być wyraźny. Najlepiej ciemny, brodaty, z plecakiem. Konfederacja dorzuca do tego swoją ulubioną przyprawę: pogardę podaną w garniturze. A środowiska wokół Bąkiewicza organizują patriotyzm w wersji stadionowej. Flagi. Race. Megafon. Patriotyzm jak energetyk – dużo kofeiny, mało refleksji.

Grzegorz Braun? On w tej opowieści jest człowiekiem z kanistrem benzyny. Zawsze gotów dolać do ognia. Najlepiej tam, gdzie emocje już są rozgrzane.

Krzyk jest tani. System jest drogi.

A migracja nie jest fanaberią. Jest skutkiem. Wojny w Ukrainie. Reżimu w Birmie, Azja, Bliski Wschód. Biedy. Zmiany klimatu. Demografii. Starzejącej się Europy. Polski, w której brakuje rąk do pracy i pielęgniarek, ale szybko przybywa posłów od moralnej paniki.

Państwo powinno być jak inżynier. Mierzyć. Liczyć. Planować. Oddzielać uchodźcę od przemytnika. Migranta zarobkowego od turysty. Budować integrację. Uczyć języka. Wspierać szkoły. Wzmacniać rynek mieszkań.

Zamiast tego bywa teatr. Jedni krzyczą „zalew”. Drudzy krzyczą „rasizm”. A pomiędzy tym wszystkim stoi realne pytanie: jak zarządzać ruchem ludzi w świecie, który się rozpada szybciej niż polityczne sojusze.


Teraz zamknijmy telewizor. Wejdźmy do domu.

W Kanadzie mam żonę. Dwie małe córki. Adoptowane. Dziewczynki są z pochodzenia Birmankami.

Ich mama uciekła z Birmy po tym, jak zamordowano jej męża. Była w ciąży. Z małą córką pod ręką. Urodziła drugą w Australii. Wywalczyła relokację do Kanady. Pracowała. Żyła. Umarła w 2021 roku, w fali Covidu.

Moja żona zrobiła wszystko, by te dzieci nie wpadły w próżnię. Lata dokumentów. Rozmów. Spraw sądowych. Udało się. Dziś mają 11 i 9 lat.

Dom prowadzi nam Ukrainka. Przy dzieciach pomaga kanadyjska Indianka. Moja żona jest Polką z kanadyjskim paszportem. Emigrantka. Ja mam obywatelstwo polskie i amerykańskie i przeszłość emigracyjną. Mam dwie dorosłe córki w Polsce. Jedna adwokat. Druga lekarz. Mam też zaprzyjaźnioną byłą żonę.

Patchwork? Raczej gobelin. Wiele nici. Różne kolory. Jeden obraz.

W tym domu migracja nie jest problemem. Jest historią. Jest losem. Jest twarzą dziecka, które pyta, czy jutro będzie śnieg.

Kiedy słyszę, jak ktoś mówi o „obcych”, widzę dziewczynkę, której ojca zamordowano. Kiedy słyszę o „zalewie”, myślę o kobiecie w ciąży uciekającej przez pół świata. Kiedy ktoś straszy „upadkiem kultury”, patrzę na stół, przy którym siedzi Polka, Birmanki, Ukrainka i Indianka. I kultura nie upada. Co najwyżej rozszerza menu.


Kanada nie jest rajem. Ma kryzys mieszkaniowy. Ma rosnące koszty życia. Ma napięcia społeczne. Ma wzrost przestępstw z nienawiści. Statystyki są realne. Ludzie potrafią być serdeczni, ale potrafią też być zmęczeni.

Różnica polega na języku.

Tu o migracji mówi się językiem planu. Ustala limity. Koryguje je. Dyskutuje. Przykręca, gdy system nie wyrabia. Odkręca, gdy gospodarka potrzebuje ludzi. To nie jest bajka o syropie klonowym. To jest polityka publiczna.

W Polsce debata bywa jak mecz derbowy. Kto głośniej. Kto ostrzej. Kto szybciej nazwie drugiego zdrajcą.

A emigracja jest bardziej jak rodzina patchworkowa. Nie jest idealna. Bywa trudna. Wymaga zasad. Wymaga cierpliwości. Wymaga pieniędzy. Ale działa, jeśli ktoś myśli o całości.


Nie jestem naiwny. Migracja generuje koszty. Integracja wymaga czasu. Bezpieczeństwo jest obowiązkiem państwa. Nie każda decyzja jest dobra. Nie każdy przyjazd jest sukcesem.

Ale największym zagrożeniem nie jest dziewięciolatka z Birmy.

Największym zagrożeniem jest polityka, która z człowieka robi narzędzie. Z lęku robi strategię. Z krzyku robi program.

Emigracja nie jest testem dla migrantów.

To jest test dla państwa. I dla nas.

Czy potrafimy widzieć człowieka, zanim zobaczymy paszport.
Czy umiemy budować system, zamiast budować strach.
Czy mamy w sobie tyle odwagi, ile miała kobieta w ciąży uciekająca przed mordercami.

Bo jeśli nie, żadna flaga nas nie uratuje.

A walizka zawsze będzie podejrzana.

Tyle, że czasem w tej walizce jest czyjeś całe życie.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights