
Jeśli dziś po południu zadarliście głowy do góry i zobaczyliście nad oceanem odrzutowiec bez kierunku i bez sensu – to nie awaria, to prezydent Karol Nawrocki w locie dyplomatycznym kategorii „Zróbmy sobie zdjęcie”. Leci do Waszyngtonu, bez MSZ-u, bez ambasadora, ale za to z ekipą tak oderwaną od rzeczywistości, że gdyby zamiast mapy mieli globus, i tak by zbłądzili.
Celem wyprawy? Uścisk dłoni Donalda Trumpa. Tego Trumpa – z sal sądowych, nie z Białego Domu. Ale co tam. Prezydent Nawrocki pragnie być „kimś” na zdjęciu. A jak wiadomo – zdjęcie z Trumpem leczy kompleksy, nawet jeśli Trump nie pamięta, z kim to zdjęcie robi.
Tymczasem w Miami rozegrała się zupełnie inna historia – powiedzmy, alternatywna rzeczywistość, w której ktoś naprawdę wie, co to jest dyplomacja. Radosław Sikorski, zamiast lecieć za fleszem, poleciał z treścią. Spotkał się z Markiem Rubio – amerykańskim sekretarzem stanu, czyli kimś, kto rozumie, że polityka to nie memy i breloczki. I rozmawiali. O bezpieczeństwie. O energetyce. O Ukrainie. O wartościach. Nie o tym, czy da się wcisnąć dwa nazwiska na jedną tabliczkę.
A potem Sikorski zrobił coś, co już teraz przechodzi do annałów klasy dyplomatycznej – wręczył Rubio plakat „W samo południe” z 1989 roku. Z podpisem Lecha Wałęsy. Symboliczny prezent. Nie bombonierka z logo IPN-u, tylko kawał historii. Rubio był poruszony – jakby ktoś wreszcie potraktował go jak partnera, a nie jak rekwizyt do zdjęcia.
Ale to dopiero początek. Uroczystość wręczenia Nagrody Solidarności im. Lecha Wałęsy była momentem, który mógłby stanowić masterclass dla wszystkich przyszłych prezydentów, którzy wciąż myślą, że „wartości” to nazwa instytutu. Sikorski mówił o wolności. O oporze bez przemocy. O bohaterstwie, które nie mieści się w ramkach na Instagramie.
Laureatką była Berta Soler – kubańska opozycjonistka, której reżim nie pozwala opuścić wyspy. Kobieta, która walczy pokojowo, systematycznie, z godnością. Sikorski powiedział: „Nie mogła przybyć. Tak jak Wałęsa nie mógł odebrać Nobla. Bo reżimy boją się tych, którzy przypominają o godności”.
To był moment. Ten prawdziwy, rzadki błysk sensu w oceanie banałów. I to wszystko działo się, gdy prezydent Nawrocki mierzy garnitur do ujęcia z Trumpem.
Na ziemi tymczasem, w Warszawie, Marcin Przydacz – czyli człowiek, który odpowiada za to, żeby prezydent wyglądał, jakby wiedział, co robi – atakował Sikorskiego za „bezczelność” i „impertynencję”. A wszystko dlatego, że minister śmiał mieć program, plan, i – nie daj Boże – sukces. Tak to jest, kiedy spotkanie z Rubio boli bardziej niż klepnięcie w dłoń podczas pasowania na rycerza IPN-u.
Przydacz zarzucił też Sikorskiemu, że „nie dostał nominacji na prezydenta”. Świetnie. Może i nie dostał – ale nie musi udowadniać swojej wartości fotką z byłym celebrytą z programem o budowaniu muru. Bo Sikorski – w odróżnieniu od Nawrockiego – nie musi wycinać z kalendarza godności, żeby się gdzieś wcisnąć.
A jakby tego było mało, wjechał jeszcze Donald Tusk, złośliwy jak espresso o czwartej nad ranem. Wrzucił do sieci raport, z którego wynika, że Polska ma największy wzrost realnego dochodu obywateli w świecie zachodnim. Tak, większy niż Niemcy. Tak, większy niż USA. A potem powiedział: „Mam złą wiadomość – ale tylko dla tych, którzy źle życzą Polsce”. I uśmiechnął się jak człowiek, który wie, gdzie ma leżeć rakieta, zanim jeszcze rywal rzuci piłkę.
Wreszcie ogłosił, że Polska dołączyła do „klubu bilionerów”. Gospodarka rośnie. Ludzie mają więcej w portfelach. A prezydent? No cóż. On ma lot w jedną stronę do Trumpa i instrukcję, żeby nie mówić o niczym ważnym. Bo „ważne” w tym układzie znaczy „kontrowersyjne”, a kontrowersje są złe, jeśli nie da się ich skleić do posta na Facebooka.
I tak kończy się dzień: minister robi rzeczy, które przypominają politykę. Premier ogłasza sukcesy, które przypominają przyszłość. A prezydent? Prezydent pędzi na autopilocie do miejsca, w którym czeka go selfie, którego nie zapamięta nikt – nawet on sam.
Z ukłonem (ale nie takim, jak Nawrocki), Wasz felietonista.
P.S. Nie zapomnijcie – jak będziecie lecieć do Miami, weźcie kogoś z MSZ. Nawet w formie hologramu.

Dodaj komentarz