


Czy ktoś jeszcze pamięta, że Radosław Sikorski i Karol Nawrocki darzyli się uczuciem chłodnym jak stacja benzynowa w lutym? A teraz – proszę bardzo – siedzą obok siebie na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ i się uśmiechają, jakby właśnie dowiedzieli się, że bufet ma darmowe prosecco. „Ocieplenie stosunków” – piszą media, jakby to była prognoza pogody, a nie efekt wspólnego lotu rządowym embraerem, gdzie z jakiegoś powodu nie działało Wi-Fi i trzeba było w końcu porozmawiać.
Kosiniak-Kamysz stwierdził, że to symbol Polski. Rzeczywiście – uśmiech na twarzach ludzi, którzy jeszcze tydzień temu nie mogli się zgodzić co do tego, gdzie jest przód ambasadora. Tusk pewnie w tej chwili siedzi z Żurkiem i robi zakłady, czy to „jakaś forma współpracy” przetrwa dłużej niż paczka paprykowych Lay’sów w biurze partii.
Szymon Hołownia, nasz narodowy dyplomatyczny rozjemca i mistrz frazy „nie chcę powiedzieć, ale powiem”, zauważył „jakąś płaszczyznę współpracy”. Cóż, równie dobrze można by powiedzieć, że między Rysiem z Klanu a ścianą jest „jakaś forma dialogu” – obaj trwają, obaj mówią, nikt nie wie, po co.
Wicepremier Sikorski, pełen jastrzębiego zapału i angielskich konstrukcji gramatycznych, wbił Rosjanom werbalne szpikulce na Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Tylko że zanim ktokolwiek się przestraszył, Trump zdołał zgasić całą uroczystość swoim wystąpieniem w stylu „płacę i wymagam, więc się przymknijcie”. ONZ, według niego, to klub czytelniczy z kserokopiarką i pretensjami. Nawrocki siedział obok i prawdopodobnie udawał, że rozumie, o co chodzi.
A skoro mowa o Nawrockim – ten człowiek to chodzący paradoks. W kraju miota się między wspomnieniem Piłsudskiego a potrzebą przypomnienia sobie, że nie wszystko, co leży na biurku prezydenta, to pamiątka po Dmowskim. Za granicą, na tle marmurów ONZ i w towarzystwie Trumpa (który wyglądał, jakby pomylił mównicę z TikTokiem), Nawrocki błyszczał jak neon I ♥ POLSKA w sklepie z patriotycznymi gadżetami.
Ich wspólne zdjęcie obiegło media – Nawrocki i Sikorski, jak dwóch byłych rycerzy zakonu PC, którzy przez przypadek trafili na to samo wesele. Zamiast walczyć o schedę po PiS, wymieniali uprzejmości i spostrzeżenia o rosyjskich dronach, jakby to były nowe modele kosiarki w Castoramie.
A w kraju? Waldemar Źurek, który przetrwał więcej reform niż ustawa o podatkach, znowu na froncie. Sądy uznają wyroki innych sądów za „niebyłe”, jakby to były złe wspomnienia z liceum. Mamy Trybunał, który jest, ale nie istnieje. Mamy wyroki, które były, ale teraz są snem szalonego prawnika. Jeśli ktoś jeszcze ufa wymiarowi sprawiedliwości, to pewnie dlatego, że nie miał z nim kontaktu.
A jednak – w tym całym rozgardiaszu – coś się zmienia. Może rząd Tuska naprawdę coś potrafi? Może to, że minister spraw zagranicznych i prezydent RP zaczynają mówić jednym głosem, to nie tylko wypadek przy pracy? Może to nowy początek? Może… Nie, to raczej wyjątkowo udana operacja wizerunkowa. Taki photoshop relacji międzyludzkich – na zdjęciu: pokój i zgoda. W rzeczywistości: „Zostaw moje kompetencje, Radosławie”. – „Tylko jak przestaniesz blokować nominacje, Karolu”.
Ale nie bądźmy drobiazgowi. Na tle poprzedniego ośmioletniego snu o autorytarnym państwie z patriotyczną żarówką w każdym gniazdku, ten rząd wygląda jak grupa przedszkolaków, która odkryła, że można się bawić bez darcia ubrań. I niech się bawią. Na razie.
Bo jak mówi stare przysłowie dyplomatyczne: „Jeśli nie możesz z kimś współpracować, to przynajmniej zrób dobre zdjęcie”.
Podpisano: Złośliwy obserwator, który jeszcze wierzy w ironię jako formę patriotyzmu.

Dodaj komentarz