W KANADZIE, CZYLI JAK UCIEC OD POLSKIEGO ABSURDU I WPAŚĆ PROSTO W GLOBALNĄ GEOPOLITYKĘ

Warszawa

Kiedy człowiek ucieka z Polski przed Kaczyńskim, Nawrockim i resztą tej politycznej menażerii, spodziewa się choć kilku dni spokoju. Kilku poranków bez informacji o nowym pomyśle jak zrównać państwo z ziemią, kilku wieczorów bez komentarza Przydacza, który język traktuje jak przeciwnika w MMA.

A tu — Kanada.
Kraj, który w naszej europejskiej wyobraźni wygląda jak reklama syropu klonowego: spokojny, uprzejmy, umiarkowany, jakby ktoś założył na cały naród społeczny hamulec bezpieczeństwa.

Tymczasem po przylocie do Toronto okazuje się, że choć tu cieplej niż w Polsce (co samo w sobie jest małym cudem natury), to politycznie wcale nie jest tak sennie, jak sugeruje stereotyp.
Pada deszcz, wieje z jeziora, ale przynajmniej — nikt tu nie opowiada o zagrożeniu ze strony Ed Sheerana ani nie każe oddawać Grenlandii.

No chyba że mieszka za miedzą. W Stanach. W Białym Domu.

A dokładniej: Donald Trump, polityczny Godzilla z głową nadętą jak balon z helową przeceną, znów grozi wszystkim, którzy nie chcą tańczyć w rytm jego ceł, furii i geopolitycznej fantazji.

I wtedy na scenę wchodzi on — premier Kanady.
Nie, nie Trudeau. Tamten odszedł, zanim TikTok zaczął mu robić rekonstrukcje twarzy.

Mam na myśli człowieka, który w Davos wyszedł na scenę i przemówił tonem profesora, bankiera, męża stanu i nauczyciela matematyki z misją równocześnie.

Mark Carney.

KANADA MA PREMIERA, KTÓRY POTRAFI MYŚLEĆ

To już samo w sobie jest przewagą nad co najmniej połową zachodniej półkuli. Ale Carney poszedł krok dalej:
nie tylko ogłosił światu, że średnie mocarstwa muszą się jednoczyć,
nie tylko zaproponował gigantyczny, transkontynentalny sojusz handlowy o populacji 1,5 miliarda ludzi,
ale przy okazji wbił Trumpowi szpilkę dłuższą niż kanadyjski sezon hokejowy.

Przypomniał światu, że jeśli ktoś chce wymuszać politykę gospodarczą pogróżkami, to Kanada — jak to Kanada — nie będzie krzyczeć, ale zorganizuje połowę planety, żeby go ominąć.

UE + Indo-Pacyfik + Ottawa na fotelu prowadzącego.
To nie jest zwykły sojusz.
To geopolityczna wersja ustawienia Trumpa do pionu:
„Twoje cła? Ominiemy. Twoje żądania? Zignorujemy. Twoje ego? Niech się samo wyżywi.”

TORONTO, CZYLI DESZCZ, UPRZEJMOŚĆ I GEOPOLITYCZNA MOBILIZACJA

Miasto żyje. Ludzie biegają jakby ciągle dokądś zdążali — nie to co w Polsce, gdzie biega się głównie od urzędu do lekarza albo od zdrowego rozsądku do okna.
Tu nawet protesty są kulturalne. Transparenty proste, hasła krótkie, a protestujący przepraszają, gdy kogoś przypadkiem dotkną flagą.

Ale gdy Trump zaczął grozić Europie, Kanadyjczykom, grenlandzkim pingwinom i całemu wolnemu handlowi, nastąpiło coś rzadkiego:

Kanada się obudziła.
Nieśpiesznie, oczywiście. To wciąż Kanada.
Ale jednak wstała, przeciągnęła się i stwierdziła:
„Dobra, Donny, teraz przesadziłeś.”

Nagle społeczeństwo zaczęło mówić jednym głosem — głosem, który gdzie indziej brzmiałby jak gniew, ale tu brzmiał jak stanowcza uprzejmość:

„No sir, we won’t.”

CARNEY W DAVOS – WYSTĄPIENIE, KTÓRE POWINIEN ZOBACZYĆ KAŻDY POLITYK NAD WISŁĄ

To nie było zwykłe przemówienie.
To była elegancka wiwisekcja populizmu, protekcjonizmu i amerykańskiej furii gospodarczej.

Carney mówił o odporności łańcuchów dostaw, o potrzebie integracji, o świecie, w którym nie można dłużej udawać, że każdy kraj to samotna wyspa — chyba że mówimy o Grenlandii, którą Trump chciał kupić jak dzieciak kupuje chipsy w sklepie.

Mówił z godnością, powagą i luzem.
Z tą kanadyjską manierą: „Nie chcę nikogo urazić, ale jeśli trzeba, to jednak powiem prawdę.”

Wyobraziłem sobie wtedy, jak Carney wchodzi do polskiego Sejmu.
Po pięciu minutach:
— Nawrocki obrażony.
— Przydacz nie rozumie słów powyżej trzech sylab.
— Kaczyński twierdzi, że to spisek UE.
— A Mentzen szuka kalkulatora, bo ktoś wspomniał o gospodarce.

KANADA — NORMALNOŚĆ Z PRZYSZŁOŚCI

To kraj, w którym politycy potrafią mówić pełnymi zdaniami.
W którym premier nie krzyczy o spisku masonów i nie próbuje wywołać wojny z piosenkami na ślubach.
W którym rząd nie buduje swojej polityki na strachu, tylko na handlu, strategii i rozmowie.

Jasne, nie jest idealnie.
Kanadyjczycy boją się agresywnej polityki USA, prób Trumpa destabilizacji świata, tego, że geopolityczne trzęsienie ziemi dotrze i tutaj.
Ale zamiast udawać, że wszystko gra — mobilizują się.
Budują koalicje.
Tworzą sojusze.

A przede wszystkim — nie wybierają idiotów do rządzenia.

Cóż, pozazdrościć.

A JA?

Siedzę w Toronto.
Za oknem deszcz jakby ktoś rozlał wiadro nad CN Tower.
Jest cieplej niż w Warszawie, ale chłodniej niż pod ciepłą kołdrą samozadowolenia, którą polska prawica zarzuca na społeczeństwo.

I myślę sobie:

Gdyby Polska miała choć jednego Carney’a, zamiast dziesięciu Nawrockich, pięciu Przydaczów i stadka politycznych ogórków z Konfederacji — nie musiałbym uciekać do kraju syropu klonowego.

Ale skoro już tu jestem, to przynajmniej mogę patrzeć, jak mądry premier buduje globalny sojusz, aby ochronić świat przed Trumpem, który uważa handel międzynarodowy za konkurs, w którym wygrywa ten, kto głośniej krzyczy.

Canada, keep going.
Świat was teraz potrzebuje bardziej, niż kiedykolwiek.

A ja?
Ja tylko potrzebowałem odrobiny normalności.

I — o dziwo — znalazłem ją bliżej Grenlandii, niż Warszawy.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights