



W sobotę Iga Świątek gra w finale Wimbledonu. Tak, drodzy Państwo, jeszcze ktoś w tym kraju reprezentuje Polskę z klasą, kulturą i bez potrzeby opluwania cudzoziemców. Iga, jeśli to czytasz, trzymaj się z dala od kraju — tu taniec ludowy może skończyć się policyjną eskortą, a perkusja z Senegalu wzbudza większy strach niż rosyjski Iskander.
Ale spokojnie, kawa dopita? To teraz weźcie łyka czegoś mocniejszego, bo ruszamy z objazdowym cyrkiem imienia Narodowej Paranoi. Tylko w Polsce możliwe jest, żeby artyści folkowi byli wyzywani na ulicy, bo „wyglądają podejrzanie”. Tylko tu — między Zamościem a Gorzowem — muzyka z Senegalu musi mieć ochronę policyjną, żeby nie skończyć jako temat wieczornych plotek na Facebooku pani Elżbiety Rafalskiej.
Ta była minister (obecnie – specjalistka od histerii internetowej i autorka alarmujących postów typu „MIGRANCI JUŻ W GORZOWIE!!!”) wyznaczyła nowe standardy rozpoznawania zagrożenia narodowego: perkusja, ciemna skóra, uśmiech. Proszę bardzo – mamy potencjalne zagrożenie dla ładu i porządku. I zespół Saly Velingara Ballet musi uciekać ulicami Gorzowa jakby nie przyjechał na festiwal, tylko po zasiłek i córkę sąsiadki.
Tymczasem gdzieś na moście nad Nysą Łużycką trwa zlot smutnych patriotów z Ruchu Obrony Granic – tej samej organizacji, która chyba myli granicę państwową z torem przeszkód. Przypominają bohaterów gier RPG, tylko zamiast mieczy mają broń masowego wstydu: szmatławce Ordo Iuris i samozwańcze legitymacje. Ich hobby to zatrzymywanie turystów z Berlina i próba przejęcia kompetencji Straży Granicznej. Czekamy na moment, kiedy spróbują kontrolować ruch lotniczy.
Nie zrozumcie mnie źle – sam fakt, że tacy ludzie się pojawili, to jeszcze nie dramat. Dramat zaczyna się tam, gdzie zaczynają mieć polityczne poparcie. A przecież prezydent elekt Karol Nawrocki wyraził im publiczne uznanie. W jego wizji Polski Bąkiewicz nie jest kłopotem – jest „funkcją, z którą nie radzi sobie rząd”. Rząd, który tymczasem… sam się boi własnego cienia.
Koalicja Obywatelska po wyborczej porażce wlazła pod stół i udaje, że jej nie ma. Trzaskowski ścigał się na prawicowość z Mentzenem, jakby liberalizm był chorobą weneryczną. O Lewicy nie wspomnę, bo zniknęła jak pudełko czekoladek w sztabie PSL — niby coś było, ale nikt nie pamięta, co.
A Donald Tusk? Ten jeden, jedyny, któremu jeszcze ufam na tyle, żeby nie przenosić oszczędności do słoika zakopanego w ogrodzie. Wciąż wygląda jak człowiek, który odróżnia Senegal od „dzikiej hordy”. Tyle że nawet on, przyciśnięty przez polityczną żenadę i sondy w stylu „czy boisz się Hindusa?”, zdecydował się przywrócić kontrole graniczne. Nie z powodu realnego zagrożenia, tylko dlatego, że banda przebranych wojów spod znaku Bąkiewicza i Braunopodobnych narodowców zaczęła wywierać presję. I tu wchodzimy w moment tragikomiczny — Tusk, człowiek z Europy, który musi udawać, że rozumie ludzi, którzy myślą, że z Kolumbii można dojść pieszo do Gorzowa.
Braun, swoją drogą, przeszedł od bycia żenującym folklorem do realnego zagrożenia dla zdrowego rozsądku. Kiedy mówi, że Auschwitz to fake news, a mord rytualny to fakt, to nie jest już polityczna kontrowersja. To jest wywiad z psychicznym. A mimo to Braun ma ponad 6 proc. poparcia, a jego zaplecze ideowe w Parlamencie Europejskim głosuje wspólnie z AfD, Fideszem i innymi turbosłowiańskimi odmianami Le Pen. Polska: welcome to the European Dark Mode.
Z całej tej ponurej parady, największą groteską pozostaje jednak nie Ruch Graniczny w trybie paniki, nie konfederackie fanaberie historyczne, a rodzina Przyłębskich. Tak, dobrze czytacie – Julia, nie Andrzej, była prezeską Trybunału Konstytucyjnego. On, natomiast, służył jako ambasador w Berlinie i wsławił się między innymi tym, że nie rozpoznał Angeli Merkel na przyjęciu dyplomatycznym (co w Berlinie to jak nie rozpoznać Wisły w Warszawie). Innym razem opowiadał o niemieckim futbolu, nie wiedząc, kto jest selekcjonerem. Słowem: człowiek-pomyłka, ambasador do zadań wstydu.
Ale wróćmy na krajowe podwórko. Zamość — miasto, które przez ponad 20 lat cieszyło się z Eurofolku, dziś znalazło się w centrum kulturowej wojny. Tylko dlatego, że ktoś miał inny kolor skóry i inny akcent. Prezydent miasta, jako jeden z niewielu rozsądnych głosów, powiedział to wprost: zło zaczyna się od słowa. A od słowa do noża – niedaleko.
Nie myślcie jednak, że to tylko prowincjonalny problem. W Krakowie, Warszawie, Sopocie – wszędzie można dziś spotkać marsze narodowców, ludzi z krzyżami, racami i jakimś dziwnym pojęciem „polskości”, które kończy się zawsze tam, gdzie zaczyna się inność. A prawo? Cóż, Bąkiewicz przez półtora roku wymigiwał się od wyroku za napaść na Babcię Kasię, bo Warchoł z Dudą zrobili z prawa kabaret. Na szczęście Adam Bodnar postanowił, że dość tej komedii. Może nie zrobimy z niego bohatera, ale przynajmniej nie będzie kolejnym pajacem w cyrku.
I co teraz? Dalej będziemy bronić granic przed Kolumbijczykami z tamburynami? Wysyłać patrole do Gorzowa, żeby sprawdziły, czy Senegalczycy nie przemycają djembe w walizkach? A może po prostu przyznamy sobie zbiorowo, że zamiast liberalnej demokracji, wybraliśmy narodową groteskę?
Kawa dopita? Dobrze. To teraz popatrzcie w lustro i odpowiedzcie sobie na jedno, proste pytanie: czy na pewno to folkowy zespół z Indii jest problemem, czy może to wy, z tą swoją tęsknotą za brunatnym ładem i babcinym patriotyzmem w wersji instant?
Miłego piątku. I pamiętajcie — Świątek gra w finale. Reszta Polski gra w „Kto pierwszy doniesie na imigranta”.

Dodaj komentarz